Należeli do jednej z najbardziej elitarnych formacji. Do dziś rozpalają wyobraźnię fanów wojskowości. Ale to nie Cichociemni (czy żołnierze elitarnych oddziałów podziemnych, choćby „Parasola” czy „Zośki”) stanowią o fenomenie Państwa Podziemnego, jakie w czasie II wojny światowej funkcjonowało na terenie okupowanej Polski. Fenomenem jest fakt, że w okresie niewyobrażalnego terroru udało się stworzyć i zapewnić sprawne działanie podziemnej organizacji, która liczyła kilkaset tysięcy zaprzysiężonych członków.

W nocy z 15 na 16 lutego 1941 r. do okupowanej Polski skoczyli pierwsi Cichociemni. Do końca wojny w podobny sposób samolotami przerzucono 316 żołnierzy. Obejmowali oni specjalistyczne stanowiska w podziemnym wojsku, wykonywali najbardziej skomplikowane akcje dywersyjne.

Zrzut o 150 km za daleko

W ramach operacji o kryptonimie „Adolphus” przerzucono dwóch Cichociemnych: majora Stanisława Krzymowskiego „Kostka” i rotmistrza Józefa Zabielskiego „Żbika” oraz kuriera Ministerstwa Spraw Wewnętrznych – bombardiera Czesława Raczkowskiego „Orkana”.

Mówiąc o tym pierwszym skoku warto pamiętać, że nie ma systemu, który od początku działa idealnie. Samolot wystartował z Wielkiej Brytanii wieczorem 15 lutego 1941 r. Przeleciał nad Holandią i Niemcami, w okolicach Wrocławia miał skierować się na Częstochowę, potem Włoszczowę. Jakieś 10 km od tej ostatniej miejscowości czekali partyzanci na przygotowanym zrzutowisku. Niestety nawigator pomylił się.

Angielska załoga była przekonana, że zrzutu „na dziko” dokonuje w rejonie miejscowości Słomniki – Proszowice, niedaleko Krakowa. Faktycznie zaś samolot znajdował się kilkadziesiąt kilometrów dalej. Żołnierze skoczyli w okolicy wsi Dębowiec koło Skoczowa. To miejsce znajdowało się około 150 km od pierwotnie zaplanowanego zrzutowiska. Z mniejszymi lub większymi perypetiami wszyscy dotarli do punktów kontaktowych. Ale zasobniki ze sprzętem wpadły w ręce Niemców.

Od połowy lat osiemdziesiątych spotykałem się z Cichociemnymi. Klikając w ten link, można znaleźć kilka archiwalnych tekstów na ten temat.

Cichociemni a WOT

Wróćmy do tytułowego pytania: co wspólnego mają Cichociemni z Wojskami Obrony Terytorialnej? W czasie II wojny światowej przygotowanie każdego zrzutowiska, zabezpieczenie terenu, odebranie skoczków, przerzut do lokali konspiracyjnych, produkcja fałszywych dokumentów, zagwarantowanie „legend” umożliwiających bezpieczne funkcjonowanie – wymagało wysiłku setek jak nie tysięcy ludzi pracujących w strukturach konspiracyjnych.

Co więcej, te setki ryzykowały bardziej, niż świetnie wyszkoleni, potrafiący gubić za sobą ślad Cichociemni. Ludzie z zaplecza działali zaś w rodzinnych stronach, użyczali własnych domów, w których mieszkali z najbliższymi. W przypadku wsypy represje Niemców obejmowały nie tylko AK-owca, ale też jego rodzinę. Wielu przypłaciło to życiem.

Struktury podziemne były mocno rozbudowane. Oczywiście nie działały idealnie, niekiedy nie zadziałały w ogóle. Ale i tak – z perspektywy lat i rzeczywistości, w jakiej je tworzyć – ten system robi olbrzymie wrażenie.

Dwa przykłady

W czasie akcji na Franza Kutscherę ciężko ranny w brzuch został jej dowódca Bronisław Pietraszewicz „Lot”. Oficjalnie został przyjęty do szpitala z powodu krwotoku płucnego wywołanego gruźlicą. „Lot” zmarł w szpitalu. W czasie sekcji zwłok wymieniono mu poszarpane przez kule narządy wewnętrzne, zamieniając je na nieuszkodzone, wyjęte z ciała innego zmarłego. Dzięki temu, po ekshumacji i ponownej sekcji zwłok, przeprowadzonej przez Niemców, nie podważono oficjalnej przyczyny zgonu. To gwarantowało bezpieczeństwo medyków ze szpitala oraz rodziny „Lota”.

Drugi przykład jest mniej drastyczny. Przed skokiem do Polski każdy Cichociemny otrzymywał dietę, czyli określoną sumę pieniędzy. Rozliczał się z niej w Polsce. Jeśli pobyt w „stacji wyczekiwania”, skok i przerzut nastąpiły szybko musiał zwrócić część pieniędzy. Ale w kraju mógł też otrzymać dopłatę – jeśli „podróż” się przedłużała. Warto dodać, że do dziś podobne zasady obowiązują w czasie każdej delegacji służbowej.

Oba te przykłady pokazują, jak szerokie musiało być wsparcie społeczne dla konspiratorów i z jak różnorakich ludzi korzystały struktury podziemne.

„Odprawa pieniężna spisana z ob. „Czer” w związku z jego podróżą do kraju drogą lotniczą”. Wynika z niej, że w ramach „zaliczki na diety i koszty podróży” otrzymał 20 złotych, 85 marek niemieckich i 40 dolarów USA. Z tej zaliczki Cichociemny musiał rozliczyć w Polsce. „Czer” to mjr Piotr Szewczyk – Cichociemny opisany w książce GROM2.PL.

Dlaczego w czasie II wojny światowej było to możliwe?

Ponieważ w okresie międzywojennym państwo inwestowało w stowarzyszenia paramilitarne (np. ZHP, „Strzelec”), budowano tożsamość narodową (m.in. w oparciu o powstania narodowowyzwoleńcze XIX w.), prowadzono masowe szkolenie wojskowe (w ramach zasadniczej służby wojskowej i ćwiczeń rezerwy). Przygotowywano się do działania na terenie własnym zajętym przez przeciwnika.

Gdyby spadkobiercy Cichociemnych – GROM-owcy (czy żołnierze innych specoddziałów) – musieli działać na terenie własnym zajętym przez przeciwnika, też korzystaliby ze wsparcia ludzi z lokalnego środowiska. Takie wsparcie zapewnić będą mogli np. byli żołnierze specjednostek czy WOT-u.

Każdy rozsądny żołnierz sił specjalnych potwierdzi, że sukces w takich sytuacjach zależał będzie w ogromnej mierze od możliwości skorzystania ze wsparcia „zasobów lokalnych”.




Ból. Mocna opowieść o rannych i medykach na wojnie

Wszystko o najnowszej książce Jarosława Rybaka




WOT i „Zielone ludziki”

Budując więc tożsamość WOT-u warto podkreślać, że – parafrazując motto logistyków – „zaplecze to nie wszystko, ale wszystko bez zaplecza to nic”.

Odniesienia do sił specjalnych często pojawiały się w pierwszym okresie istnienia WOT. Opisywano to stwierdzeniem o walce z „zielonymi ludzikami” (tak rosyjskich specjalsów nazywano w czasie inwazji Moskwy na Krym). Był to niefortunny skrót myślowy, gdyż każdy posiadający podstawy wiedzy o współczesnym polu walki wie, że ochotnicy – nawet dobrze wyposażeni i w miarę dobrze przeszkoleni – nie przejmą inicjatywy nad bardzo dobrze wyszkolonymi i wyposażonymi zawodowcami.

To stwierdzenie nie było jednak pozbawione sensu. Jeśliby doszłoby do kryzysu, to naszpikowanie terenu punktami kontrolnymi, obsadzonymi nawet słabo wyszkolonymi ludźmi, byłoby olbrzymim utrudnieniem działania grup specjalnych przeciwnika. Nie stanowiliby oni przeszkody nie do pokonania. Ale jednym z parametrów działań specjalsów jest skrytość. Dlatego likwidacja któregokolwiek takiego check pointu demaskowałaby obecność przeciwnika. Patrząc przez ten pryzmat, trzeba się zgodzić ze stwierdzeniami, że WOT znalazłby się na pierwszej linii walki z „zielonymi ludzikami”.

Przeczytaj wpis z 2014 r.: Specjalsów powrót do przeszłości. Więcej zadań związanych z obroną własnego terytorium zajętego przez przeciwnika. Taki ma być jeden z kierunków nowych aktywności Wojsk Specjalnych. To trochę powrót do przeszłości, ale w zupełnie nowej odsłonie. Przed laty specjalsi ćwiczyli już coś podobnego. Ale tamte zadania odeszły w przeszłość wraz z wejściem Polski do NATO. Wtedy spora część naszych polityków, a wraz z nimi opinia publiczna, nabrała głębokiej wiary, że najskuteczniejszą gwarancją bezpieczeństwa jest art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego.

Szacunek dla ludzi z zaplecza

Czcząc kolejne rocznice wydarzeń związanych z historią sił specjalnych, warto pamiętać, że na spektakularne sukcesy nielicznych pracowały masy ludzi, o których nie pisze się książek i nie kręci filmów.

Przed kilku laty rozmawiałem na ten temat z wysokiej rangi urzędnikiem Ministerstwa Obrony Narodowej. Ten – fachowiec, którego od dawna szanuję – twierdził, że trudno zachęcać młodych ludzi do włożenia munduru, jeśli nie będziemy im w atrakcyjny (czytaj „komandoski”) sposób pokazywać służby wojskowej.

Nie zgadzam się z takim podejściem. W 2003 r., na początku polskiej misji w Iraku przez kilka tygodniu byłem w naszej bazie w Babilonie. Rozmawiałem tam z Amerykanami, którzy służyli w kompanii remontowej US Marines. Jak się na nich patrzyło z zewnątrz, to albo naprawiali Humvee i ciężarówki, albo ćwiczyli na siłowni zrobionej przy warsztatach. Ale zapytani o to, co robią, odpowiadali, że mają kluczowe zadanie do wykonania: bez nich wcześniej czy później stanie cały korpus.

My w Polsce powinniśmy uczyć się takiego postrzegania wojskowego świata. Rocznica pierwszego skoku elitarnych Cichociemnych do Polski jest – paradoksalnie – dobrą okazją do takiej refleksji.