14 grudnia 2021 r. opuszczono bandery na okrętach podwodnych ORP „Sęp” i ORP „Bielik”. Tak skończył się czas okrętów typu Kobben przed dwie dekady użytkowanych w Marynarce Wojennej.

Choć zwykle zajmuję się siłami specjalnymi, to – w 2002 r. – byłem pierwszym cywilem, który wyszedł w Bałtyk na Kobbenie, któremu w Polsce nadano imię legendarnego „Sępa”. To był czas przejścia z radzieckich, wielkich Foxtrotów na niewielkie norweskie Kobbeny. W 2007 r. miałem okazję znowu wyjść w morze na kolejnym Kobbenie. Byłem wtedy rzecznikiem prasowym Ministerstwa Obrony Narodowej i towarzyszyłem ministrowi Aleksandrowi Szczygło. (22 zdjęcia).

Korzystając ze smutnej okazji wycofania Kobbenów ze służby zebrało mi się na kilka kombatanckich wspomnień.

Po rejsie w 2002 r. opublikowałem kilka artykułów: w „Trybunie Śląskiej”, „Żołnierzu Polskim i „Polsce Zbrojnej”. Poniżej reportaż z „Żołnierza Polskiego”.

Myśliwi z głębin

Sztorm to musi być piekło. Teraz mamy jego przedsmak. – Przechyla nas o jakieś 30 – 40 stopni od pionu. Ale nie jest najgorzej – oficer wachtowy przekrzykuje huczące fale. Gorzej jest np. w zimie. Jak człowiek przymarza to kiosku i trzeba się ruszać, żeby nie zostać soplem.

Co kilkanaście sekund przez kiosk okrętu podwodnego przewala się potężna fala. Zalewa nas. Przez otwarty właz woda wpada do środka okrętu. Po kilkunastu minutach takiej mokrej huśtawki żegnam wachtowego. Do wnętrza „Sępa” zsuwam się wąską rurą. Wtedy dopada mnie kolejna fala.

– Ale sobie pan wybrał pogodę… – uśmiecha się oficer witający mnie na dole.

W środku mam problem. Nie wiem, czego się chwycić. Same zawory i pokrętła, – U nas zasada jest taka, że nie wolno dotykać, jak się nie wie co to jest i do czego służy – tłumaczy bosman.

Tylko, że ja nic nie wiem. Więc czego mam się trzymać?

Przyczepiony do koji, obserwuję kucharza, który próbuje obierać ziemniaki. Woda wylewa się z garnka, a kartofle śmigają po całym okręcie. – Kurwa! Do kurczaka będzie ryż! – bosman Tomasz Stańczyk, kucharz okrętowy, błyskawicznie dostosowuje menu do sytuacji na okręcie.

Obok popija kawę kpt. Grzegorz Chomicz, zastępca dowódcy okrętu. – Są tacy, co lubią taką pogodę! Bo wtedy można powalczyć z żywiołem – tłumaczy. Dodaje, że jeszcze daleko nam do sztormu. Teraz fale mają cztery w dziewięciostopniowej skali stanu morza. A naszym małym okrętem podwodnym rzuca jak łupinką.

Nie narzekam, bo sam przez kilka miesięcy bardzo mocno przekonywałem swoją redakcję i Marynarkę Wojenną, że jestem najlepszym kandydatem do wyjścia w morze na nowym typie okrętu podwodnego.

Żeby to zrobić musiałem rozesłać plik podań do Warszawy (Ministerstwa Obrony Narodowej) i Gdyni (Dowództwa Marynarki Wojennej). Pierwszym efektem było skierowanie na komplet specjalistycznych badań lekarskich. Lekarz sprawdził nawet, co mam w spodniach. Na szczęście wszystko było co najmniej w porządku (nie było uwag w dokumentacji lekarskiej). Potem jeszcze załatwienie należało przedstawić dowód ubezpieczenia na rejs okrętem podwodnym (dziś byłby to kłopot, 20 lat temu było to trudniejsze do załatwienia, od pokonania całej wcześniejszej procedury dopuszczającej do rejsu). Mimo wielu problemów, pewnego jesiennego poranka mogłem zameldować się w porcie wojennym w Gdyni.

Zobacz zdjęcia z rejsu w 2002 r. (Fot. Rafał Klimkiewicz)

  • Sterownia Kobbena. Fot. Rafał Klimkiewicz
  • Maszynownia silników diesla. Fot. Rafał Klimkiewicz
  • Stanowisko sterowania. Fot. Rafał Klimkiewicz
  • Peryskop. Fot. Rafał Klimkiewicz
  • Kambuz, czyli kuchnia. Fot. Rafał Klimkiewicz
  • Mesa. Tutaj się odpoczywa, je posiłki, a po rozłożeniu oparć mesa zamienia się w pomieszczenie do spania dla kilku marynarzy. Fot. Rafał Klimkiewicz
  • Stanowisko pracy nawigatora. Fot. Rafał Klimkiewicz
  • Przedział torpedowy. Fot. Rafał Klimkiewicz
  • ORP „Sęp” w całej okazałości. Fot. Rafał Klimkiewicz
  • Choć fale były w początkowej części skali Beauforta, to i tak woda przelewała się przez kiosk. Fot. Rafał Klimkiewicz

Samotni łowcy

Komandorowi ppor. Januszowi Walczakowi, rzecznikowi prasowemu Marynarki Wojennej nie uśmiechałaby się służba na okrętach podwodnych (- Pod pancerzem duszno…). Ale z szacunkiem opowiada o podwodniakach.

– To specyficzni marynarze. Bardzo dumni ze swojej służby. Okręt działa samotnie, a nie jak w innych przypadkach w grupie. To samotny myśliwy, który musi przechytrzyć zwierzynę. Dowódca jest tam naprawdę panem i władcą. Podwodniacy znają swoją wartość. Wiedzą, że jeden okręt może pokrzyżować plany kilkudziesięciu jednostek nawodnych – opowiada rzecznik MW.

W tym roku nasi załoga „Orła” odniosła wielki sukces. „Zatopiła” dwa brytyjskie atomowe okręty podwodne. Na Morzu Norweskim, w czasie natowskich ćwiczeń „Strong Resolve”, Polacy dwa razy mieli potwierdzony atak na angielskiego podwodnego giganta. – „Orła” poszukiwało ileś jednostek „przeciwnika”. Ale żadna go nie namierzyła. Został wykryty, dopiero jak się wynurzył – dodaje kpt. Bartosz Zajda z biura prasowego Marynarki Wojennej.

Tę opinię o wyjątkowości podwodniaków potwierdzają już pierwsze rozmowy na Kobbenie. Da się zauważyć dumę w odpowiedziach rozmówców.

– Kajakiem i jachtem to każdy może żeglować. A podwodnym już nie! Pływać potrafi nawet głupia butelka (w oryginale było „gówno”, ale zmieniłem, żeby rozmówca nie miał kłopotów z dowódcami – przyp. JR). Sęk w tym, żeby się zanurzyć i wynurzyć – wyłuszcza ppor. Konrad Nowak, który rok wcześniej skończył Akademię Marynarki Wojennej. Zabiegał o przydział do podwodniaków. Kilka razy powtarza: – Okręty dzielą się na okręty podwodne i okręty cele.

Do dna

Co ich wszystkich ciągnie to służby?

– Każdy lubi taką prawdziwą męską adrenalinę. To jest robota dla pasjonatów. Tu jest bezpieczniej, niż na innych okrętach. Przecież tylko my potrafimy wypłynąć spod wody! – śmieje się mł. chor. sztab. Andrzej Bac, w marynarce od 14 lat, służył na szkolnym żaglowcu „Iskra”. W 1995 roku przeszedł na „Wilka”. Teraz na „Sępa”. Nie chce wspominać o przykładach tej adrenaliny. Na okręcie lepiej nie opowiadać o wypadkach. Po co kusić los? Chętnie jednak dodaje: – Najlepsi podwodniacy to ci, którzy nie umieją pływać. Bo walczą do końca.

Kpt. Sławomir Wiśniewski, dowódca „Sępa” przekonuje, że na takich okrętach jest specyficzna atmosfera. – Jak się kilku ludzi na parę tygodni zamknie w pudełku o powierzchni kilku metrów kwadratowych, to muszą umieć się dogadać. Bo by się pozabijali – przekonuje.

Pod stępką mamy 76 metrów do dnia. – Okręt gotowy do zanurzenia! – słychać z głośników. Wszyscy są na stanowiskach. Choć jesteśmy na zamkniętym akwenie, to jednak statek handlowy i jacht złamały przepisy. Płyną po „naszym” morzu. Trzeba się od nich oddalić. – Bo w razie szybkiego wynurzenia może dojść do sytuacji kolizyjnej – tłumaczy oficer.

– Kiedyś na Foxtrocie mieliśmy dziurawy zbiornik paliwa. W czasie zanurzenia okręt zaczął nabierać wodę. Polecieliśmy na dno. Szybka decyzja dowódcy i wszystko skończyło się szczęśliwie – wspomina podoficer.

Są dwie metody walki z przeciekiem. Trzeba się szybko wynurzyć lub ewakuować załogę. W ostateczności awarię można pominąć. – Na Foxtrocie jest siedem przedziałów wodoszczelnych. Instrukcja przewiduje, że jak jeden zostanie zatopiony, to nadal należy wykonywać zadanie bojowe – ujawnia oficer. Ale na Kobbenie jest tylko jeden przedział.

Służba w konserwie

– Najgorsze jest pierwsze kilkadziesiąt godzin rejsu. Potem człowiek wpada w rytm. Wachta, odpoczynek, wachta. I tak w kółko – przekonuje oficer.

Ponieważ Kobbeny są zdecydowanie mniejsze, od Foxtrotów, rejsy będą krótsze. Ale i tak bez zawijania do portu można tam przeżyć przez 21 dni.

– Norwedzy wychodzili na Kobbenach najczęściej na pięć dni. A Foxtroty były okrętami oceanicznymi. Pod wodą mogły opłynąć cały świat. Miały 90 dób autonomiczności, czyli przez tyle czasu były samowystarczalne. I Rosjanie zanurzali się na trzy miesiące – opowiada chor. Piotr Kasperowicz, który kiedyś pod wodą był przez pięć dób. A był na patrolach morskich trwających po 21 dni.

Kpt. Sławomir Wiśniewski był w rejsie 40 dni. Z tego 21 pod wodą. Żeby ludzie mogli odetchnąć, mieli dwie trzydniowe przerwy w portach. – Zasada jest taka, że marynarz porusza się tylko między swoim miejscem do spania a stanowiskiem pracy. Dlatego, choć od kolegów dzieliło mnie tylko kilka metrów, to zobaczyłem ich dopiero, jak zawinęliśmy do portu. – tłumaczy kpt. Wiśniewski.

Spacery są zabronione z dwóch powodów. Jak marynarz się nie rusza, to zużywa mniej powietrza. (- Gdy wróciłem z rejsu do Islandii, poszliśmy z żoną na spacer. No i się zmęczyłem, bo przez kilkanaście dni chodziłem po parę metrów – wspomina marynarz).

Jeżeli kilku ludzi przejdzie z rufy na dziób, to inaczej rozłoży się ciężar. A cała tajemnica podwodnego pływania, to sztuka balansowania. Jeden z marynarzy stale reguluje bowiem poziom napełnienia zbiorników balastowych na dziobie i rufie. Dzięki temu okręt utrzymuje stabilność.

Właśnie dlatego przed przekazaniem Polsce Kobbenów, dokładnie je wyważono. Norwegowie mieli w morzu 1027 g soli w centymetrze sześciennym, w Bałtyku jest 1007 g.

Przejście z jednej gęstości w drugą jest jak wpadnięcie w dziurę. Ponoć kiedyś radziecki Foxtrot zatonął u wybrzeży Południowej Ameryki, bo niespodziewanie wpłynął w ujście słodkowodnej La Platy.

Zobacz zdjęcia z rejsu w 2007 r. (Fot. Jarosław Rybak)

  • W 2007 r. wychodziłem w morze wspólnie z ministrem obrony Aleksandrem Szczygło. Urządzono nam chrzest morski.
  • Minister Aleksander Szczygło w czasie chrztu morskiego.
  • Korytarz na Kobbenie, po bokach koje, na których śpią marynarze.
  • Koje są niezbyt wygodne: małe i ciasne.
  • Maszynownia.
  • Przedział torpedowy i czerwone skafandry ratunkowe Mk-8.
  • Sterownia.
  • Łazienka.
  • Toaleta. Ze względu na niewielkie rozmiary korzystanie z niej wymaga pewnych zdolności ekwilibrystycznych.
  • Tą drogą trafia się do wnętrza Kobbena.
  • Widok z kiosku.

Dać się zalać

Na okręcie wodę się racjonuje. Dowódca decyduje kto może brać prysznic. Golenie odpada, podobnie jak np. mycie włosów. Ostatecznie można wziąć prysznic z wody morskiej. System pozyskiwania wody to umożliwia. Wtedy człowiek jest czysty, ale słony. Nie wolno natomiast używać żadnych dezodorantów.

Nie trudno sobie wyobrazić, jak wygląda człowiek po kilkunastodniowym rejsie. – To czuć dopiero, jak się wyjdzie z okrętu. Niektórzy spiesząc się do domu, nie biorą prysznica. Potem w autobusie zawsze mają luźno – śmieje się chor. Piotr Kasperowicz. Faktycznie… Dziwny zapach kurtki poczułem dopiero po powrocie do portu.

Marynarze przekonują, że w porównaniu z poprzednikami, radzieckimi Foxtrotami, norweskie Kobbeny to podwodne limuzyny. Foxtroty były zmodernizowanymi niemieckimi U-Bootami XXI wieku, najlepszymi okrętami podwodnymi II wojny światowej. Jednak od tamtych czasów minęło kilka dekad. Ale i tak na Kobbenach miejsca jest piekielnie mało. Stojąc przy peryskopie widać i dziób, i rufę.

Z przodu okrętu zamontowano szerokie, kilkumetrowe rury. To wyrzutnie torpedowe. Chor. Kasperowicz otwiera pokrywę jednej z nich. – Mieliśmy ćwiczenia z jedną z jednostek specjalnych. W wyrzutni mieści się kilku płetwonurków. Zamykamy pokrywę, zalewamy ich wodą, a oni jak żółwie wypełzają do morza. Trzeba mieć niesamowita psychę, żeby dać się tak zalać – opowiada.

Na rufie jest maszynownia. – W zimie jest fajnie, bo ciepło. Ale latem mamy tu do 50 stopni Celsjusza. Wytrzymać się nie da – przekonuje bosman sztab. Mariusz Myśliwski.

Gdy kucharz przygotowuje obiad, wszędzie roznosi się zapach pieczeni. Nic dziwnego. Obracając kotlety na patelni, kucharz stoi jakieś dwa metry od dowódcy, obserwującego powierzchnię przez peryskop. Z drugiej strony kuchenki zamontowano ster kierunku, obok dwa stery głębokości. Na środku jest peryskop. Obok niego pracuje nawigator.

Sen za zasłonką

Na okręcie jest pisuar oraz osobne pomieszczenie z klozetem. Każde prawie tej samej wielkości, co kajuta dowódcy. Bo tylko on ma własne pomieszczenie. Bez drzwi, tylko z zasłonką. Wewnątrz zamontowano sejf, kilka szafek i koję. Oficer może się położyć, gdy wsunie nogi w kilkudziesięciocentymetrową szczelinę, wygospodarowaną między urządzeniami.

Reszta załogi śpi w dwóch miejscach. Na korytarzu zamontowano dwupoziomowe koje. Szerokości jakichś 60 cm, nad głową tyle samo. Jak odpoczywający chce mieć ciemno, zasuwa zasłonkę. W mesie jada się posiłki. Po złożeniu stolików i rozłożeniu koji, na trzech poziomach może tam próbować spać kilkunastu ludzi. Najatrakcyjniejsze są najwyższe koje, bo śpiącemu nikt nie przeszkadza. Ale tam najtrudniej się dostać. Wejście zagradzają lampy zamontowane przy suficie. Najlepiej wsunąć się wykonując wymyk. W takiej konserwie podwodniacy spędzają całe tygodnie.

Gdy byliśmy pod wodą, pogoda się poprawiła. Po wynurzeniu już fale nie przelewają się przez kiosk. Ale nadal nieźle huśta. – Widzi pan. Byłoby całkiem fajnie, gdybyśmy nie musieli płynąc po powierzchni – kończy bosman.

Zdjęcie na otwarciu strony: http://archiwum.mw.wp.mil.pl