Gdyby ktoś nie znał gen. bryg. Andrzeja Andrzejewskiego, mógłby pomyśleć, że jego historię wymyślił jakiś zdolny scenarzysta filmowy. Generał był pierwszym od 1945 r. polskim pilotem, którego samolot zestrzeliła rakieta. Ale nie na wojnie, tylko przez pomyłkę, przez swoich, na poligonie w Ustce. Wielu ludzi zastanawiało się, czy po takim przeżyciu nie odejdzie z lotnictwa. Ale on pokonał strach i nadal pilotował samoloty bojowe. Żartowano, że w samolocie nic złego już nie może mu się stać, gdyż statystyka mówi, że jeden człowiek nie może dwa razy uczestniczyć w katastrofie lotniczej. Niestety, generał zginął w 2008 r. w katastrofie samolotu CASA. 11 listopada minie kolejna rocznica awansu generalskiego Andrzeja Andrzejewskiego. Warto więc przypomnieć jego historię.

W 2006 r., kilka tygodni po generalskim awansie, byłem w Świdwinie z wizytą u gen. Andrzeja Andrzejewskiego. Powstał z tego reportaż, który odnalazłem w archiwum:

Przez ponad trzy lata od zdarzenia generał unikał dziennikarzy. Dopiero „Super Expressowi” opowiedział o swoich przeżyciach. – Niektórzy koledzy mówili, żebym dał sobie spokój z lataniem. Dostałem ostrzeżenie od losu i powinienem wyciągnąć wnioski. Wiele razy rozmawiałem o tym z żoną. I doszedłem do wniosku, że powinienem zrezygnować, gdybym wtedy popełnił jakiś błąd. Do tego nie jestem samobójcą, gdybym doszedł do wniosku, że psychika mi pęknie w samolocie, to bym już nie wsiadł do kabiny – opowiada Andrzej Andrzejewski.

Otwarcie przyznaje, że w jego życiu najważniejsze są rodzina i latanie. – Ale gdybym miał wybierać, wybrałbym rodzinę. Niesamowicie się cieszę, że znowu mogę latać – opowiada. Przekonuje, że tylko sam będąc pilotem może oceniać podwładnych, zwracać im uwagę na błędy: – Byłoby tak, że siedząc za biurkiem pouczałbym ludzi co mają robić w powietrzu. To bez sensu.

19 sierpnia 2003 r. miał być dla ówczesnego ppłk. Andrzejewskiego typowym dniem lotów. On, pilot doświadczalny miał polecieć z Mirosławca nad poligon w Ustce i odpalić rakiety, które są celami dla przeciwlotników. Dla człowieka latającego od 22 lat, który za sterami samolotów bojowych przesiedział ok. 2 tys. godzin nie było to jakieś szczególnie ciężkie wyzwanie. Choć lotnicy mówią, że do takich zadań trzeba mieć stalowe nerwy.

Tak wyglądał Su-22 ppłk. Andrzeja Andrzejewskiego po wyciągnięciu z morza.

Andrzejewski wystartował o godz. 14.47. W tym dniu poligon wizytowała oficjalna delegacja MON. O godz. 15.30 przeciwlotnicza rakieta Kub została wystrzelona nie do odpalonej przez Andrzejewskiego rakiety-celu, ale do jego samolotu, który leciał na wysokości 3 km.

– Wszystko trwało ułamki sekund. Rakiety nie widziałem. Kub eksplodował z boku, gdy wykonywałem zakręt. Ten manewr uratował mi życie, bo kadłub zatrzymał odłamki rakiety. W pewnym momencie w kabinie zrobiło się jasno, potem zgasły wszystkie wskaźniki. Zdążyłem przez radio podać swój indeks „401” i pociągnąłem za uchwyty uruchamiające katapultę. Komenda „katapultuję się” już nie dotarła na ziemię – wspomina.

Przy katapultowaniu z Su-22 przeciążenie dochodzi do 18 G. Czyli jest tak, jakby na każdy kręg w kręgosłupie naciskało 15 ton. Katapulta wyrzuciła go z fotelem kilkadziesiąt metrów nad samolot. Na moment stracił przytomność. Gdy ją odzyskał, leciał twarzą ku morzu: – Zobaczyłem jak w dole mój samolot wybucha. Rozpada się na kawałki i spada. Mnie męczyła myśl: dlaczego tak późno uruchomiłem katapultę?

Tego dnia nad Bałtykiem była burza. Chmury kończyły się dopiero 180 m nad wodą. Do zestrzelenia doszło 21 km od lądu. – Spadochron się otworzył. Spadałem w chmurach. Wtedy jest takie uczucie, że człowiek nie wie, czy leci w dół czy w górę. Wiedziałem, że mogę trafić na burzowe chmury wznoszące. Wtedy spadochron zostałby wypchnięty nawet na kilkanaście kilometrów w górę.

Lecąc na spadochronie obmacywał się, czy nie jest połamany lub ranny. Wpadł do morza w pomarańczowym kombinezonie i kamizelce ratunkowej. Był sierpień, ale wiedział, że ratownicy mają niewiele czasu, żeby go wyciągnąć. Stracił zasobnik ratunkowy z tratwą. Nie zadziałała radiostacja ratunkowa wskazująca położenie. Nałykał się słonej wody i zwymiotował. – Wiedziałem, że szanse mam niewielkie. Wtedy zdałem sobie sprawę jak cenne jest życie i jak bardzo chcę przeżyć. Czułem, że z każdą minutą ciało jest coraz bardziej wychłodzone i życie ze mnie uchodzi. Cały czas myślałem o żonie i córkach. Jeśli umrę, to jak one dadzą sobie radę? Kto się nimi zaopiekuje? Te myśli dawały mi siłę do przeżycia – opowiada.

17 minut po katapultowaniu wystartował śmigłowiec ratowniczy Marynarki Wojennej. Ale ratownicy szukali igły w stogu siana. Radiostacja alarmowa Andrzejewskiego nie działała. Do tego marynarze dostali złe informacje o miejscu wodowania pilota.

– Czas mi się niesamowicie dłużył – wspomina. Co jakiś czas brał w dłoń świece dymną, którą miał w kieszeni na udzie: – Jak usłyszę śmigłowiec to resztkami sił muszę ją uruchomić i pokazać, gdzie jestem. To moja ostatnia szansa.

Ogarniała go senność. W górze latała rybitwa. – Chciała na mnie usiąść, ale odganiałem ją ręką. W końcu pomyślałem sobie, że ptak pewno jest zmęczony, a ma 21 km do lądu. Może usiąść na mnie i odpocząć. Jak ja nie przeżyje, to przynajmniej jemu się uda – mówi.

Kiedy rybitwa odleciała zobaczył śmigłowiec: – Uruchomiłem świecę. Ale maszyna przeleciała mi nad głową. Byłem przekonany, że mnie nie zauważyli. A pilot musiał tylko dostosować lot do kierunku wiatru.

Jeszcze w śmigłowcu ratownicy zrobili mu zdjęcie. Mi-14 wylądował w Ustce. Z pożyczonego telefonu zadzwonił do żony. – Bardzo się bałem, że z mediów dowie się o katastrofie. Ona jest bardzo delikatna. Bałem się, że ta wiadomość mogła się skończyć nawet zawałem. Powiedziałem jej, że wrócę później i żeby nie przejmowała się tym, co usłyszy w mediach.

Ppłk Andrzej Andrzejewski na pokładzie śmigłowca ratowniczego.

Noc spędził w szpitalu w Ustce. Potem pojechał do komisji, która badała przyczyny wypadku. – Musiałem się tłumaczyć, odpowiadać na mnóstwo pytań. Niekiedy myślę, że to było trudniejsze, niż katapultowanie i walka o życie. Ale ostatecznie nikt nie zarzucił mi błędów. Do tej części wspomnień z wypadku wracam bardzo niechętnie – ucina pytania o rozmowy z inspektorami lotnictwa i prokuratorem.

Znad morza zawieziono go na trzy dni do Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej w Warszawie. Lekarze sprawdzali czy katapultowanie nie doprowadziło do uszkodzeń wewnętrznych.

Do domu wrócił po czterech dniach. Dostał zwolnienie lekarskie i na miesiąc wyjechali z żoną do sanatorium. Po kilku miesiącach wykonał jeden lot z instruktorem.

– Nie miałem żadnych oporów, żeby wsiąść do kabiny Su-22. Ale obawiałem się czy w powietrzu nie objawi się jakiś ukryty uraz? Okazało się, że z psychiką wszystko jest ok. Wiem, że po takim traumatycznym wydarzeniu można mieć potężne obawy. Zrozumiem każdego, kto zrezygnowałby z latania – mówi.

Wrócił do dawnej jednostki. Został dowódcą brygady lotnictwa taktycznego w Świdwinie, a 11 listopada 2008 r. awansował na generała brygady.

– Cieszę się jak dziecko, że zostałem generałem. Nie znam człowieka, który by się nie cieszył! Ale większość się do tego nie przyzna! – przekonuje.

Lampasy nie uderzyły mu do głowy. dalej dojeżdża do pracy swoim samochodem, choć codziennie rano pod drzwiami mógłby czekać granatowy generalski opel vectra z kierowcą. – Zmieniło się tylko tyle, że po 18 latach mieszkania w bloku wojskowym, przeprowadziliśmy się do wymarzonego domku. Przed kilkoma miesiącami kupiliśmy go za spory kredyt – przekonuje.

Wolny czas poświęca polowaniu: – Choć po tym wypadku więcej radości daje mi obserwowanie zwierzyny, niż strzelanie do niej. Ostatnio nasze życie kręci się wokół dwóch miniaturowych sznaucerów.

Statecznik samolotu CASA. Obecnie jest pomnikiem postawionym w pobliżu miejsca katastrofy.

Andrzej Andrzejewski przekonuje, że jest szczęśliwym człowiekiem. – Do dziś analizuję to, co stało się 19 sierpnia 2003 r. Miałem kupę szczęścia. Rakietę przeciwlotniczą nie po to konstruowano, żeby pilot mógł przeżyć. Mnie się udało. Dlatego cieszę się z każdego dnia. Teraz doceniam śpiew ptaków.

Czy jednak takie zwierzenia przystają poważnemu generałowi? – Mówienie prawdy nie jest złe. Choć na pewno niektórzy powiedzą, że to mało żołnierskie. Bo twardziel nie może przyznać się do słabości. A ja uważam, że otwarte mówienie o tym co się czuje właśnie jest oznaką twardości.

Epilog

Gen. bryg. Andrzej Andrzejewski (1961 – 2008) zginął dwa lata później w katastrofie pod Mirosławcem. Była to największa od II wojny światowej katastrofa w polskim lotnictwie wojskowym.

CASA C-295 M z 13. Eskadry Lotnictwa Transportowego w Krakowie rozbiła się 23 stycznia 2008 r. w czasie podchodzenia do lądowania w 12. Bazie Lotniczej w okolicach Mirosławca. Maszyna spadła na zalesiony teren poza jednostką, ok. 800 metrów od pasa startowego. Na jej pokładzie znajdowało 16 wysokiej rangi oficerów Sił Powietrznych oraz 4 członków załogi.

Zdjęcia z archiwum gen. Andrzeja Andrzejewskiego. Fotografię szczątków samolotu CASA wykonano w czasie wizyty Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na miejscu katastrofy (fot. KPRP).

Afganistan Amunicja Armia Krajowa Batalion Parasol Bieg Katorżnika Broń Cichociemni Czechosłowacja F-16 GROM Kenia Kobben Lubliniec Lubliniec; Task Force-50; Wojska Specjalne; PKW Afganistan Marines Marynarka Wojenna META Miny atomowe Międzyrzecki Rejon Umocniony MP-9 Operacja "Dunaj" Operacja Sledgehammer ORP "Kazimierz Pułaski" ORP "Sęp" Paramedyk Pas Trettena Piloci PKW Afganistan PKW Irak PKW Liban Przemysł zbrojeniowy PTSD Scott O`Grady Siły Odpowiedzi NATO Sledgehammer Stalinizm Task Force-50 Virtuti Militari WIM Wojska Specjalne Wojska Specjalne; GROM Wojsko Polskie Wojskowy Instytut Medyczny Wyspy Zielonego Przylądka Zamach w Nairobi