Oświetlanie budynków w kolorach narodowych Francji, nakładanie trójkolorowej flagi na zdjęcia na portalach społecznościowych, palenie zniczy. To działania tak samo wzruszające, jak pozbawione racjonalności. Co gorsza przyniosą kiepskie efekty. Uspokoją sumienie („zrobiliśmy co mogliśmy”) i pozwolą przejść do porządku dziennego nad okropnościami dzisiejszego świata („wiele nie poradzę, ale awatara na fejsie zmieniłem”). Zagrożeń to nie zmieni, ale wielu komentatorom da powód do dyskusji o tym jak potrafimy tworzyć wspólnotę w ciężkich sytuacjach.


W sobotę dwa razy byłem pod ambasadą Francji w Warszawie. Jak tysiące ludzi zapaliłem znicze. Mam jednak świadomość, że ten gest wynikający z wewnętrznej potrzeby będzie dla części ekspertów komentujących „wydarzenia paryskie” dowodem społecznego współodczuwania w obliczu tragedii. Ale nam teraz nie potrzeba współodczuwania tylko racjonalnie myślących polityków, dyplomatów i dziennikarzy.

Amba2

Zniczy przybywało z godziny na godzinę. Ok. godz. 14 w sobotę było ich już sporo.

Jakość komentatorów


Dla rozgarniętych widzów, słuchaczy i czytelników ostatnie dni były ciężkie. Wśród perełek zapraszanych przez dziennikarzy do komentowania wydarzeń w Paryżu, nie brakowało ludzi o znanych nazwiskach, którzy zdecydowanie więcej zyskaliby nie pchając się do mediów.
Porażały komentarze będące wypadkową zwykłej głupoty i ckliwości. Oczywiste oczywistości miały być dowodami profesjonalizmu zamachowców. Chodziło o datę (ten wieczór w tygodniu, w którym na mieście jest najwięcej ludzi) i sposób przeprowadzenia ataków (bezwzględność w uśmiercaniu przypadkowych osób). Ckliwość przejawiała się zaś w zachwytach nad tym, jak „teraz wszyscy potrafimy być Francuzami”.

Radykałowie i muzułmanie


Mam szacunek do islamu. To wielka religia, jej dorobkiem jest kultura, której możemy w wielu wypadkach zazdrościć. Ale nie chce mi się już słuchać wyjaśnień, że muzułmanie są nastawieni pokojowo i trzeba ich odróżniać od radykałów islamskich. Bogaci ludzie z krajów Bliskiego Wschodu dysponują olbrzymimi funduszami, które przeznaczają na wsparcie współwyznawców w innych częściach świata. Będąc ileś razy w krajach byłej Jugosławii widziałem jak realizowane są programy pomocowe dla tamtejszych muzułmanów (w wielu wypadkach napływowych), jak finansuje się obiekty edukacyjno-sakralne – nie tylko na Bałkanach, ale i w innych częściach Europy. Dlaczego część tych funduszy nie jest przeznaczona na działania public relations, dzięki którym sami muzułmanie zdecydowanie odcinaliby się od radykałów?

Amba1

W sobotę przed godz. 10 przy ambasadzie było jeszcze pusto.

Islamiści jak kibole


Popatrzmy na to przez polskie analogie. Większość ludzi przychodzących na mecze to spokojni wielbiciele piłki nożnej. W klubach kibica działa mnóstwo wartościowych ludzi. Tych z Legii Warszawa miałem okazję poznać i szanuję. Ale tysiącom spokojnych fanów piłki gębę zadymiarzy przyprawiają grupki chamskich kiboli. I brakuje mi stanowczego odcięcia się liderów środowiska od kiboli. Może takie działania są, ale ja ich nie zauważyłem.
Identycznie jest z radykałami islamskimi. To nie my w Europie powinniśmy sami sobie wyjaśniać, skąd się biorą skrajności. Cenne są gesty polskich muzułmanów, ale ci od wieków są zasymilowani z krajem. Brakuje mi natomiast głosów wprost z Bliskiego Wschodu.

Po pierwsze nie szkodzić


Medycy pola walki powtarzają: „martwy ratownik nikogo nie uratuje, sprawi tylko kłopot swoim”. Dlatego w wojsku obowiązuje brutalna zasada: ratownik najpierw musi zagwarantować własne bezpieczeństwo, potem dopiero zaczyna pomagać rannemu koledze. To szara rzeczywistość, pozwalająca minimalizować straty.
W przypadku mieszkańców Bliskiego Wschodu uciekającym z terenów ogarniętych wojną, Europa przypomina sanitariuszkę Marusię, która nie zważając na kule biegnie pomóc rannemu. Romantyczne to, ale pozbawione logiki. Europa jest jak ta bohaterka z serialu „Czterej pancerni”, nie dba o siebie, wykonując gest w stronę innych. Gest tym bardziej pozbawiony logiki, że uciekający nie zamierzają wrócić w ojczyste strony, gdy sytuacja się uspokoi. Czyli zamiast pomagać, ściągamy sobie problem na pokolenia.

Jak pomagać?


Używając terminologii militarnej: sposoby niesienia pomocy to już taktyka. Od niej zdecydowanie ważniejsza jest strategia, która musi odpowiedzieć na pytanie o granice między pomaganiem innym a dbaniem o bezpieczeństwo własnych obywateli.
Przykład Kosowa – jeszcze przed kilkoma dekadami rdzennie serbskiego, obecnie albańskiego pokazuje, że zgoda na duże migracje ludności jest olbrzymim błędem.
Być może zamachy w stolicy Francji doprowadzą do refleksji. Przy okazji warto zwrócić uwagę na drobny epizod z Paryża. Jak donosiły media, nasza ambasada odmówiła pomocy grupie Polaków, którzy chcieli się w niej schronić tuż po atakach. To nie jest drobna wpadka jakiegoś dyplomaty, ale dowód, że w ramach Ministerstwa Spraw Zagranicznych nie ma procedury reagowania w takich sytuacjach.

Jakie będą następne avatary?


Boję się, że nie zauważając tych brutalnych prawd, uspokajamy sumienia zmianą avatarów i podświetlaniem budynków użyteczności publicznej. Ale skutki takich działań są łatwe do przewidzenia. Za czas jakiś avatary przybiorą barwy narodowe innego państwa na naszym kontynencie.