Przed 23 laty w Polsce pojawili się pierwsi szkoleniowcy z amerykańskich sił specjalnych. Od podstaw uczyli naszych komandosów nowoczesnych działań specjalnych. Po dwóch dekadach sojusznicy zza oceanu nadal często goszczą w jednostkach Wojsk Specjalnych. Ale teraz zwykle są to już kontakty na poziomie partnerskim. A coraz częściej Amerykanie przyjeżdżają się do Polski szkolić i podpatrywać naszych specjalsów.

Drogę do intensywnych kontaktów międzynarodowych torowano w GROM-ie. Pierwszy nabór do tej jednostki przeprowadzono jesienią 1990 r., w czasie zgrupowania szkoleniowego wojskowych grup specjalnych w Lublińcu. W styczniu 1991 r. kilku ludzi zakwalifikowanych do nowej jednostki poleciało na miesięczne szkolenie do USA. W maju tego roku w GROM-ie pojawili się pierwsi amerykańscy instruktorzy. Pokazywali m.in. nieznane Polakom postawy strzeleckie. Przywieźli dużo broni, w tym pierwsze egzemplarze pistoletów maszynowych MP-5, kamizelki kuloodporne i sporo innego sprzętu. Nawet tekturowe tarcze strzeleckie. Sojusznicy wyłowili kilku oficerów, których zabrali na selekcję do jednostki Delta.

Wiesiek_07

Lato 1992 r. Sierżant Larry Freedman wręcza GROM-owcom dyplomy ukończenia szkolenia podstawowego. Ten siwowłosy mężczyzna bardziej przypomina wykładowcę akademickiego, niż snajpera jednostki specjalnej. Sierżant zginął w czasie amerykańskiej interwencji w Somalii.

W pierwszych latach istnienia jednostki, jej twórca Sławomir Petelicki, jeździł do wojskowych pododdziałów specjalnych, jednostek antyterrorystycznych policji i szkół oficerskich. Wybierał kandydatów do służby.

– Trafiliśmy tu we dwójkę z 56 Kompanii Specjalnej w Szczecinie. Potem doszło czterech ludzi z 62 Kompanii Specjalnej w Bolesławcu, kilku saperów z Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych, jeden saper z Brzegu – wspomina major Wiesław Lewandowski, „Rotmistrz”, który w GROM-ie znalazł się 28 lutego 1991 r. Pomyślnie zaliczył drugą selekcję.

W pierwszych latach szkolenie w GROM-ie nadzorowali doradcy amerykańscy. Po zaliczeniu selekcji, kandydaci trafiali w ręce instruktorów zza oceanu. Jednym z nich był sierż. Larry Freedmann, snajper z Delty, który zginął w czasie amerykańskiej interwencji w Somalii. Dziś jedna z głównych ulica na terenie jednostki nosi jego imię.

– Larry był ciekawym gościem. Pasjonował się jazdą na Harley`u. Był u nas cztery razy. Każdy jego pobyt oznaczał intensywne treningi i poznawanie nieznanych wcześniej w Polsce zasad wykonywania działań specjalnych. Larry był również instruktorem snajperskim. To on wyszkolił pierwszą grupę naszych snajperów. Wśród nich był „Rotmistrz”, który następnie został wraz z „Witkiem” kierował grupą snajperów GROM – wspomina mjr Tomasz Kowalczyk, snajper, jeden z pierwszych żołnierzy specjednostki.

We wrześniu 1991 r. do GROM-u do GROM-u dostał się podporucznik Jacek K., w środowisku znany jako „Magda”. Służył w „szturmie”, skończył służbę jako major, szef oddziału szkolenia.

Magda_10

Szkolenie w 1996 r. w „miasteczku poligonowym” jednostki Delta w USA. Tuż po desancie ze śmigłowca na dach „arabskiego” domu. Po lewej biegnie „Magda”. Polscy komandosi ćwiczą zdobywanie obiektu. Zjeżdża amerykański instruktor, który ich szkolił.

Po półrocznym ciężkim szkoleniu podstawowym sierżant Freedmann urządził egzamin końcowy. Ogłosił, że dowódca nakazał przeprowadzenie ostatecznej selekcji. Zadania były różne. „Magda” jako snajper dostał 20 sekund na oddanie strzału z odległości 300 metrów do okręgu o średnicy 8 centymetrów. Jeśli trafi, zostanie w jednostce. Jeśli nie – musi sobie szukać nowego miejsca służby.

– Miałem świadomość, że od tego strzału zależy moja przyszłość. Szkoda było tych sześciu miesięcy ciężkiej harówki. Ręce drżały, serce biło jak szalone. Od tego bicia aż mi krzyżyk w celowniku skakał… Dopiero na końcu ćwiczenia Larry powiedział, że chciał sprawdzić, jak zachowujemy się w stresie – wspomina „Magda”.

Z czasem szkolenie przejęli Polacy. Do czasu udziału komandosów GROM-u w wojnie w Iraku przeprowadzono nieco ponad dwadzieścia selekcji. Niektóre z nich przechodził zaledwie jeden kandydat!

Delta_2

Tomasz Kowalczyk z oficerem z jednostki Delta podczas wspólnych ćwiczeń w Polsce.

Nieco później niż w GROM-ie, kontakty z sojusznikami nawiązano w Lublińcu.
– Wzorowaliśmy się na Amerykanach, bardzo zależało nam na kontaktach zagranicznych. Pod koniec 1994 r. za ocean wysłano cztery osoby. Byliśmy w bazie 10 Grupy Zielonych Beretów. W swoich strukturach miała trzy bataliony, dwa stacjonujące w USA, trzeci w Niemczech – wspomina płk Bogdan Kołtuński, były dowódca jednostki w Lublińcu, który poleciał na pierwszą wojskową, oficjalną wizytę w amerykańskich siłach specjalnych. Trzeba bowiem pamiętać, że GROM – funkcjonujący wtedy w strukturach resortu spraw wewnętrznych – nawiązywał kontakty z sojusznikami innymi kanałami.

Kilka miesięcy później z Ford Carlson w Kolorado przylecieli żołnierze kompanii „C” z 10 Grupy. W lipcu 1995 r. wraz z 30 komandosami z Lublińca brali udział w „Dwóch Orłach 95”. To ćwiczenie zorganizowane w ramach Partnerstwa dla Pokoju, na poligonie w Wędrzynie.

Scenariusz nawiązywał do sytuacji z wojny na Bałkanach. Ćwiczący działali na pograniczu fikcyjnych krajów, zostali tam wysłani przez Radę Bezpieczeństwa ONZ w celu przestrzegania zawieszenia działań wojennych.

Lubliniecka grupa specjalna dowodzona przez mjr. Leszka Ligowskiego wspólnie z ekipą kpt. Anthonego Dilla z 10 Grupy przeprowadziła desant spadochronowy, rozpoznała miejsca kolejnych zrzutów i zabezpieczyła je.

– Pierwszy raz mieliśmy coś zrobić z ludźmi, o których wiedzieliśmy, że to światowa czołówka. Mieliśmy więc olbrzymie kompleksy. Do czasu, aż jeden z Amerykanów zemdlał. Zapewne przypadkowo, ale nas to bardzo podbudowało. Do tego, podczas strzelania i skoków spadochronowych okazało się, że to tacy sami żołnierze, jak my. Oni z naszych AKMS-ów strzelali gorzej, niż my z ich M-16. Przekonaliśmy się, że u nas szkolenie spadochronowe jest prowadzone lepiej. Skuteczniej niż oni, potrafiliśmy wykorzystać parametry amerykańskich spadochronów, które nam udostępnili. Zrozumieliśmy, że jeśli chodzi o wyszkolenie i umiejętność radzenia sobie w terenie, Amerykanie w niczym nas nie przewyższają. Górowali doświadczeniem bojowym i sprzętem – wspomina L. Ligowski.

USA 2

Wizyta oficerów z Lublińca w jednostce Zielonych Beretów. Gospodarze pokazują ośrodek szkoleniowy, w którym wybudowano replikę wietnamskiego obozu dla amerykańskich jeńców.

Najważniejszym ćwiczeniem 1997 r. był „Sztylet 1” („Dagger 1”), prowadzony przez GROM, Lublliniec oraz 10 Grupę. W 1998 r. kontynuowano go w ramach manewrów „Sztylet 2”.

– Współdziałaliśmy wtedy z GROM-em na zasadach takich, jak w USA współdziałają Zielone Berety z jednostką Delta. Mówiąc najprościej, rozpoznawaliśmy i izolowaliśmy obiekty, do których wkraczali GROM-owcy – relacjonuje płk Kołtuński.

W styczniu 2000 r. cztery sekcje działań specjalnych ćwiczyły w Lublińcu z komandosami z 10 Grupy. Polacy poznawali m.in. amerykańskie zasady zrywania kontaktów ogniowych, opanowywania budynków oraz ratowania pilotów strąconych na terytorium przeciwnika. Po roku w jednostce znowu pojawiły się Zielone Berety. Amerykanie uczyli zjazdów na „szybkiej linie” i czarnej taktyki.

Olbrzymim rozmachem charakteryzowały się natomiast międzynarodowe ćwiczenia „Strong Resolve”, przeprowadzone w 2002 r. W tych natowskich manewrach brało udział kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy z czternastu państw. Prowadzono w Polsce i Norwegii oraz na Bałtyku.

Amerykanie skakali wtedy z samolotów An-26 na polskich spadochronach, do tego wykorzystując egzotyczną dla nich metodę skoku „na stabilizację”. Któryś z naszych komandosów stwierdził, że samolot leci z prędkością 320 km na godz., ale przed skokiem zwolni do 300. Sojusznicy byli trochę przestraszeni, bo z Herculesów skakali przy prędkości ponad 100 km mniejszej. Nie byli przygotowani na potężne szarpnięcie w chwili otwarcia czaszy. Większość skaczących miała więc sine ślady od uprzęży spadochronowych.

– Amerykanin zapytał mnie, jaką mamy urazowość przy skokach. Byłem świeżo po szkoleniu dotyczącym bezpieczeństwa, więc odpowiedziałem, że na jakieś osiem tysięcy skoków rocznie, statystycznie mamy po 20-30 urazów, głównie skręceń kostki. Sojusznik nie mógł w to uwierzyć. Powiedział, że jak u nich desantuje się batalion, to zwykle mają dziesięć procent urazów. I to uznają za normę. Zresztą sami Amerykanie twierdzili, że nasze metody szkolenia spadochronowego gwarantują większe bezpieczeństwo podczas lądowania – przekonuje instruktor z Lublińca.

B_Koltunski_26

Prezentacja wyposażenia 10 Grupy Sił Specjalnych podczas pierwszej wizyty polskich wojskowych. Trzech polskich oficerów stoi z tyłu.

Po dwóch dekadach sojusznicy zza oceanu nadal są częstymi gośćmi w jednostkach naszych Wojsk Specjalnych. Ale teraz zwykle są to już kontakty na poziomie partnerskim. Przed kilku laty miałem okazję obserwować to na poligonie. Współdziałali ze sobą żołnierze z Lublińca oraz 10 Grupy Zielonych Beretów. Widać było, że Polacy mają nowocześniejsze wyposażenie osobiste. To dziwiło tylko laików. Myśmy w ostatnich latach dokonali przeskoku generacyjnego w dziedzinie wyposażenia. Amerykanie korzystali zaś ze sprzętu, który zakupili już jakiś czas temu. Dało się też zauważyć większe doświadczenie naszych specjalsów, którzy mieli do czynienia z młodszymi kolegami zza oceanu. Nasi instruktorzy prowadzili dla nich zajęcia szkoleniowe. Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby przed dwudziestu laty nie zaczęto przecierać ścieżek i nie nawiązano współpracy, która po czasie okazała się korzystna dla obu stron.

??????????

Poligon w południowo-zachodniej Polsce. Zajęcia prowadzi instruktor z Lublińca, ćwiczą Amerykaninie z 10 Grupy Sił Specjalnych.

Źródło fot. Książki GROM.PL oraz LUBLINIEC.PL

Więcej o początkach współpracy polskich i amerykańskich sił specjalnych można znaleźć w moich książkach. Szczególnie polecam serię ebooków GROM.PL oraz ebook LUBLINIEC.PL.