To jedna z najciekawszych historii związanych z wojną informacyjną, do jakiej udało mi się dotrzeć. W nocy z 27 na 28 lutego 1942 r. Brytyjczycy przeprowadzili operację Biting, czyli rajd na francuskie miasteczko Bruneval. Celem było przejęcie najważniejszych elementów pracującego tam niemieckiego radaru i pojmanie kogoś z obsługi. Kilka dni później, 9 marca, w wydawanym w Londynie „Dzienniku Polskim” – oficjalnej gazecie rządu polskiego na uchodźctwie – ukazał się sensacyjny artykuł. Sierżant z 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej barwnie opisywał udział Polaków w tej operacji…

O słynnym rajdzie na Bruneval słyszał każdy interesujący się historią sił specjalnych. Wzięło w nim udział 200 spadochroniarzy (z brytyjskiej 1. Dywizji Powietrznodesantowej) oraz 32 komandosów (z 12. Commando – jednej z brytyjskich formacji specjalnych wyspecjalizowanych do działania na styku morza i lądu). Do tego należy dodać lotników zapewniających zrzut na miejscu operacji oraz siły marynarki, która zagwarantowała powrót na Wyspy Brytyjskie.

Spadochroniarze przejęli najważniejsze podzespoły radaru oraz wzięli do niewoli niemieckich techników obsługujących urządzenie. Komandosi zabezpieczyli odwrót sił głównych.

Straty alianckie były niewielkie. Poległo dwóch żołnierzy, sześciu odniosło rany, kolejnych sześciu trafiło do niewoli.

Podwójny sukces

Choć miał to być wielki sukces Polaków, to w polskiej gazecie ten news opublikowano nie na 1, ale dopiero na 3 i 4 stronie.

Dzięki tej operacji Alianci poznali tajniki niemieckiej techniki radarowej. Było to krytycznie ważne, gdyż w tamtym okresie jednym z najważniejszych sposobów nękania Niemców były nocne naloty bombowców. Hitlerowskie systemy radarowe zdecydowanie zwiększały skuteczność obrony przeciwlotniczej i odpowiadały za duże straty w alianckim lotnictwie.

Wymiar militarny rajdu to jedno. Drugi wielki sukces to był aspekt propagandowy operacji. „Biting” to pierwsze, bolesne uderzenie na instalacje niemieckie na ziemiach okupowanych. Dotychczas niezwyciężeni hitlerowcy otrzymali potężny cios.

Brytyjskie władze mocno podbiły to propagandowo. Dowódcy operacji zdali osobiście relację z działań na posiedzeniu rządu premiera Winstona Churchilla. Media przez kilka tygodni codziennie donosiły o tej akcji. Jeszcze w połowie maja publikowano newsy o wysokich odznaczeniach dla kilkunastu uczestników lutowej operacji.

Relacja w „Dzienniku Polskim”

9 marca, 1942 r., w wydawanym w Londynie „Dzienniku Polskim” – oficjalnej gazecie rządu polskiego na uchodźctwie – opublikowano relację żołnierza 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Sierżant podpisany jako „N.” barwnie opisywał udział Polaków w rajdzie na Bruneval. Autorem reportażu był Władysław Leny. To pseudonim Władysława Kisielewskiego (1907–1977), publicysty, autora książek o tematyce wojennej.

Reportaż o sukcesie polskich spadochroniarzy w Bruneval.

Jak zaznaczył autor, opowieść spisano z „z pominięciem szczegółów mogących stanowić tajemnicę wojskową”. Pozostawmy na boku „filmowy” opis walki. Nie skupiajmy się na nielogicznościach. Sierż. N. twierdzi np. „Skakać będziemy prawdopodobnie z najniższej wysokości.” (Spadochroniarz wiedziałby z pewnością, z jakiego pułapu dokonuje się zrzutu w warunkach bojowych). Opisuje, że jego „Tommy Gun przesunięty szybkim ruchem ręki, gotów był do strzału jeszcze przed lądowaniem”. (Nie są znane żadne relacje potwierdzające taki sposób obsługi broni w czasie skoku.

Oryginalny artykuł z „Dziennika Polskiego” można przeczytać TUTAJ!

Brygada Sosabowskiego nie miała na wyposażeniu takich pistoletów maszynowych. Niewielkie ich ilości wykorzystywano tylko w czasie szkolenia). „Przy przejściu skrzyżowania dostajemy ogień. To jakiś szwab, siedząc w oknie strzela z rkaemu, czy też pistoletu”. (Żołnierz bez trudu rozróżniłby karabin maszynowy od pistoletu). „Powracamy wśród śpiewów upojeni triumfem odniesionym w tym pierwszym nocnym, szaleńczym wypadzie, dokonanym zwycięsko na tereny wroga. Pieśń naszą niesie echo ku brzegom Kontynentu, który już dawno nie słyszał zwycięskiego śpiewu oddziałów Sprzymierzonych.” (To wyjątkowo nieprawdopodobny scenariusz ostatniej fazy operacji).

Szkolenie komandosów w Wielkiej Brytanii. Ćwiczą Polacy z 1. Samodzielnej Kompanii Commando (wchodzącej w skład międzynarodowego 10. Commando). Brytyjczycy z 12. Commando walczyli w Bruneval.
(Fot. Archiwum Commando Swarzędz – za zgodą Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego w Londynie)
CZYTAJ WIĘCEJ O KOMPANII COMMANDO.


Temat do wyjaśnienia (wraz z egzemplarzem nr 511 „Dziennika Polskiego”) podsunął mi Tomasz Borówka, śląski dziennikarz, badacz i popularyzator historii. Bardzo dziękuję!

Czy spadochroniarze Sosabowskiego brali udział w operacji Biting

Nie są znane żadne dokumenty lub relacje potwierdzające udział żołnierzy brygady Stanisława Sosabowskiego w tej operacji. Można więc przyjąć, że nie było ich w Bruneval.

Dlaczego więc obszerny reportaż na ten temat ukazał się w numerze 511 oficjalnej gazety rządu polskiego w Londynie?

Z przypuszczeniem graniczącym z pewnością można wnioskować, że był to element alianckiej wojny informacyjnej. Najprawdopodobniej inicjatorami reportażu byli Brytyjczycy (trudno wyobrazić sobie taki reportaż w takim tytule bez ich akceptacji).

W tamtym czasie wszystkie media były ściśle cenzurowane. Polskimi tytułami zajmowało się Ministerstwo Informacji (które odpowiadało też za dostarczanie atrakcyjnych materiałów prasowych i zdjęciowych dotyczących Wojska Polskiego).

Brytyjczycy na „podzieleniu się sukcesem” niewiele tracili, gdyż przekaz do swojego społeczeństwa gwarantowały im własne media. Co oczywiste, statystyczny Brytyjczyk nie czytał „Dziennika Polskiego”, więc niewielu rodowitych mieszkańców Wysp wiedziało o „polskim epizodzie”.

Tymczasem dla Polaków był to tekst mocno podnoszący morale (to tak, jakbyśmy dziś napisali, że w operacji neutralizacji Osamy Bin Ladena wspólnie z Amerykanami działali Polacy). Pozytywnie wpływał na akcję werbunkową do wojska. No i dezinformował Niemców co do faktycznych zdolności naszych spadochroniarzy.

W czasie II wojny polskie władze przykładały wielką wagę do informowania społeczeństwa. Dziennikarze dostawali m. in. oficjalny serwis fotograficzny. Każda, starannie dobrana fotografia, była ostemplowana pieczątka Ministerstwa Informacji.
(Fot. Archiwum Commando Swarzędz – za zgodą Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego w Londynie)

Na wojnie informacyjnej

Choć zdefiniowane stosunkowo niedawno, to operacje informacyjne (a szerzej psychologiczne), towarzyszyły wojnom od zawsze. Służyły podniesieniu morale wojsk własnych. U przeciwnika osłabiały zapał do walki, stresowały atakiem do jakiego mogło dojść w każdym miejscu i czasie, siały ferment i zwątpienie.

Artykuł „Spadochroniarze w walce na wybrzeżu Francji” jest tego nieznanym, ale doskonałym przykładem.