To była pierwsza po zakończeniu II wojny światowej wielka operacja bojowa Wojska Polskiego. Do Iraku pojechaliśmy zupełnie nieprzygotowani. Żołnierze byli – w zdecydowanej większości – źle wyszkoleni, sprzęt nie nadawał się na wojnę, a politycy nie chcieli przyznać, że Polacy muszą tam walczyć o życie. [45 zdjęć]

Przerzut głównych sił trwał kilka tygodni. 3 września 2003 r. dowodzona przez Polaków Wielonarodowa Dywizja Centralno-Południowa przejęła odpowiedzialność za bezpieczeństwo w pięciu strefach powojennego Iraku. W skład dywizji wchodziło 8500 żołnierzy z ponad 20 państw, w tym 2500 z Polski.

Polski Kontyngent Wojskowy w ramach operacji „Iraqi Freedom” działał do 2008 r. W ciągu dziesięciu zmian przewinęło się przez niego kilkanaście tysięcy naszych żołnierzy. Kilkudziesięciu zginęło, kilkuset zostało rannych.

Po co nam była ta misja?

Według mnie największym jej plusem było to, że wyraźnie pokazała wszystkie minusy Wojska Polskiego: słaby sprzęt, słabe struktury, brak decyzyjności decydentów. Z drugiej strony była najlepszą szkołą. Szybko okazało się, którzy żołnierze, oficerowie i generałowie nadają się do armii, a którzy powinni zmienić profesję.

Jedno jest pewne: gdyby nie misja w Iraku, a potem w Afganistanie, mielibyśmy nadal armię poligonową, która nie byłaby w stanie obronić kraju. Dzięki misjom wojsko jest lepiej przygotowane do realizacji swojego podstawowego zadania – obrony Polski.

Początki były bardzo spokojne

Latem 2003 r., najpierw w Kuwejcie, potem w Iraku, miałem okazję przez kilka tygodni obserwować początki tej misji. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Wtedy wszystko nas dziwiło, drobny ostrzał urastał do rangi zamachów. Z perspektywy późniejszych wyjazdów do Iraku czy Afganistanu widzę jednak, że początki były spokojne.

Przeczytaj o życiu polskich żołnierzy w amerykańskim obozowisku na pustyni w Kuwejcie. Reportaż.