Szpital

Największy stres w Afganistanie? Doktor nie musi się długo zastanawiać. Ale też nie może nic na ten temat powiedzieć – chodzi o ratowanie żołnierzy z jednostki GROM. Z informacji, które w tygodniu WPROST ujawnił dowódca GROM-u wynika, że nad ranem, 23 stycznia 2013 r., kilkunastu komandosów wpadło w zasadzkę. W wyniku ostrzału i obrzucenia granatami rannych zostało dziesięciu z nich. Ciężkie obrażenia odniósł kapitan Krzysztof Woźniak. Zmarł w szpitalu.

Stres zespołu ratowników był tym większy, że musieli udzielać pomocy wyrwani ze snu, zupełnie zaskoczeni. Komandosi znikają nocą, nad ranem, po cichu wracają do bazy. Wszyscy się przyzwyczaili do komunikatów o kolejnych sukcesach specjalsów. Ale tym razem doszło do tragedii.

Do tego medycy znali – co najmniej z widzenia – całą ekipę żołnierzy GROM-u. A przecież co innego, gdy niesie się pomoc obcej osobie, co innego, jeśli komuś, kogo się zna. No i skala była niespotykana. W naszym szpitalu w bazie Ghazni nie było jeszcze jednocześnie tylu rannych Polaków…

Rozmowa o szpitalu nie jest łatwa. Z jednej strony trzeba pamiętać o zagwarantowaniu anonimowości pacjentów, z drugiej – spora część informacji to „dane wrażliwe”. Żadna armia ich nie ujawnia.

Zespół

U medyków w mundurach jest podobnie, jak u innych żołnierzy. Nazwiska wyjeżdżających na misję systematycznie się powtarzają. Wśród żołnierzy i pracowników Wojskowego Instytutu Medycznego, w kontyngentach najczęściej pracują (wymieniamy według długości pobytu na misjach): Krzysztof Korzeniewski, Robert Brzozowski, Monika Konior, Tomasz Sanak, Magdalena Kozak, Marcin Wojtkowski i Zbigniew Nowak.

Co ciągnie do tych niebezpiecznych wyjazdów? – Tu wszystko jest na poważnie. Zawsze musisz być w pełnej gotowości. Nawet jak masz dzień wolny, to w każdej chwili może przyjść sygnał, że potrzebna jest dodatkowa pomoc. Nie ma operowania „ślepych kiszek”, są rozległe obrażenia wielonarządowe. Najczęściej stawką jest ludzkie życie. I jeszcze ta świadomość, że jeśli my tego nie zrobimy – nikt nas nie zastąpi. I wtedy ranny umrze. To olbrzymia odpowiedzialność i nieustanny stres. Ale też niesamowita satysfakcja z dobrze wykonanej pracy – tłumaczy ppłk dr. n. med. Robert Brzozowski, który w Afganistanie pierwszy raz pojawił się w 2010 r., na misji spędził czternaście miesięcy, w czasie dwunastej zmiany kontyngentu był komendantem szpitala.

Prof. Waldemar Machała, szef kliniki anestezjologii i intensywnej terapii w szpitalu im. WAM w Łodzi, który przez siedem i pół miesiąca pracował w Afganistanie, dodaje: – Jako anestezjolog muszę umieć pracować w każdych warunkach. Jestem wykładowcą na Wydziale Wojskowo-Lekarskim, a sam na misji nigdy wcześniej nie byłem. Czułbym się niekomfortowo, mówiąc im, jak mają leczyć na wojnie, jeśli sam tego nigdy nie doświadczyłem. Musiałem tam być, poczuć to zmęczenie. Musiałem się bać…

Niejawna jest informacja o liczbie medyków pracujących w szpitalu. Można powiedzieć tylko, że zwykle jednym pacjentem zajmuje się jeden zespół urazowy, liczący sześć osób.

Wyjeżdżając do Afganistanu, prof. Machała zastanawiał się, jak poradzi sobie bez tomografii komputerowej?: – Okazało się, że nie było problemu. W Afganistanie lekarz uczy się niejako z powrotem kontaktu z chorym. Bez miliona badań, ale dzięki wiedzy i doświadczeniu. Dlatego szpital polowy to nie jest miejsce dla lekarzy-nowicjuszy. Potrzeba tam doświadczenia.

W bazie wojskowej w Ghazni są dwa szpitale polowe. Zlokalizowano je po obu stronach helipadu, czyli lądowiska dla śmigłowców. Amerykański mieści się w niedużym parterowym budynku. Polski zbudowano z systemu modułowych kontenerów, które uzupełnione zostały dużymi namiotami typu „Alaska”.

Nasz szpital funkcjonuje od 2010 r. Powstał na wzór amerykańskich. – Więc jego wyposażenia mogłoby pozazdrościć wiele szpitali w kraju – kontynuuje prof. Waldemar Machała.

Pacjenci

Wbrew powszechnemu przekonaniu, polscy żołnierze to znikomy procent pacjentów. Zaledwie jeden na dziesięciu operowanych to nasz rodak. Podobnie statystyka wygląda u sojuszników. Reszta rannych to Afgańczycy: żołnierze, policjanci i cywile. Niekiedy trzeba ratować dzieci. Najczęściej są one ofiarami wybuchów, postrzeleń i wypadków komunikacyjnych. Dlatego w szpitalu pracuje tłumacz.

– Pierwszą moją pacjentką była kilkuletnia dziewczynka, została raniona przypadkowo, w potyczce pomiędzy miejscową policją a talibami. Dostała rykoszetem z kałasznikowa w brzuch. Pocisk rozerwał jelita i utkwił w kości krzyżowej. Nie spodziewałem się takiego pacjenta. Wcześniej nie operowałem dzieci. Wszystko się jednak udało. Wyciąłem część jelita i usunąłem pocisk – wspomina dr Brzozowski.

– Kiedyś trafił do nas sześcioletni Nawid. W czasie „zabawy” inne dzieci oblały go benzyną i podpaliły. Chłopiec już porusza się samodzielnie. Będzie miał rozległe blizny, ale gdybyśmy się nim nie zajęli, w najlepszym razie – jeśli nie umarłby – nie mógłby chodzić – dodaje prof. Machała.

Lekarze długo mogą opowiadać o ciężkich obrażeniach dzieci przywożonych do szpitala. Największe wrażenie robią oparzenia. W polskiej strefie zdarza się, że talibowie polewają kwasem kilkuletnie dzieci tylko dlatego, że dziewczynka bawi się razem z chłopcem. Talibskie prawo tego zabrania… Zdecydowanie częstsze są oparzenia twarzy dziewczynek. Kłótnia małżeńska niekiedy kończy się tym, że ojciec oblewa wrzątkiem swoją córkę…

Typowymi pacjentami są miejscowi żołnierze i policjanci. W Afganistanie nie ma systemu ubezpieczeń społecznych, nie funkcjonuje pogotowie ratunkowe. Szpitale wyposażone są tylko w najbardziej podstawowy sprzęt. Dlatego ciężej rannych, nieprzytomnych, po prostu się nie ratuje.

– Lokalny szpital w Ghazni wspierają wojska koalicji i organizacje humanitarne. Półtora roku temu do szpitala dostarczono dwa aparaty do anestezji, ale do naszego przyjazdu stały w kartonach. Rozpakowaliśmy je i uruchomiliśmy. To nie jest wina Afgańczyków, że tak długo ich nie używano, bo oni po prostu nie wiedzieli, jak obsługiwać takie urządzenia – wyjaśnia prof. Machała.

– Pamiętam policjanta z postrzałem klatki piersiowej i brzucha. Przywieziono go do lokalnego szpitala i położono na podłodze. Dopiero po kilku godzinach trafił do nas. Był wtedy umierający. Z profesorem Waldemarem Machałą oraz zespołem, przeprowadziłem wtedy swoją najpoważniejszą operację… Z obustronnym otwarciem klatki piersiowej, worka osierdziowego i brzucha. Ranny przeżył i był w dobrym stanie kiedy przekazywaliśmy go do afgańskiego szpitala w Ghazni. Miał potem trafić karetką do Kabulu. Podobno jednak rodzina zawiozła go tam taksówką. Czy przeżył późniejszą opiekę? Nie wiem… – wspomina dr Brzozowski.

Sytuacje, gdy miejscowa służba zdrowia nie potrafi sobie poradzić z pacjentem po operacji, są dla naszych lekarzy niezwykle frustrujące.

Ale zdarzają się także bardzo pozytywne historie. – Ratowaliśmy dwóch rannych, afgańskich oficerów: podpułkownika oraz jego adiutanta. Obaj mieli bardzo ciężkie obrażenia. W szpitalu w Ghazni nie potrafiono im pomóc. Mieliśmy wtedy dzień wolny, czyli czas, który zwyczajowo nazywamy „tępym dyżurem”. Ale w końcu przywieziono ich do nas. Po zakończeniu leczenia minister obrony Afganistanu osobiście dziękował dowódcy PKW za udzielenie im pomocy – kontynuuje Robert Brzozowski.

Dyżur

Medycy pracują w cyklu: doba dyżuru i doba – często tylko z nazwy – odpoczynku, czyli wspomnianego już „tępego dyżuru”. Na „zakładkę” dyżurują Polacy i Amerykanie. Ale zasada jest taka, że bez względu na to, kto akurat pełni służbę, rannym żołnierzem zawsze zajmują się jego rodacy.

– Każdy operuje swoich. Dlatego nawet jak mamy dzień wolny, to w każdej chwili można zostać wezwanym do szpitala. Na misji psychicznie najbardziej wykańcza czekanie na to, co przyniesie kolejny dzień. Chirurg zawsze musi być na miejscu. Nie ma szans, żeby wyjechać z patrolem choćby do najbliższej wioski, zobaczyć jak żyją ludzie – relacjonuje Robert Brzozowski.

Pierwsza informacja z pola walki przychodzi do TOC-u – centrum operacyjnego kontyngentu. To „dziewięciolinijkowiec” (9-Liner). Ten zwięzły komunikat podaje tylko podstawowe informacje: gdzie doszło do zdarzenia, czy są ranni, czy przeciwnik jest w rejonie lądowania? Meldunek uzupełnia MIST – informacja od ratownika o mechanizmie urazu, obrażeniach, stanie zdrowia poszkodowanych. Na tej podstawie TOC wysyła śmigłowiec ratowniczy.
– Często dopiero po wylądowaniu śmigłowca w naszej bazie, dowiadujemy się, co się faktycznie zdarzyło w czasie walki. To zrozumiałe. Tam sytuacja zmienia się co chwilę. W nocy nie można używać światła, więc trudno dokładnie ocenić stan rannych. A niekiedy, w panującym zamieszaniu, podać ich dokładną liczbę! Po uzyskaniu informacji z TOC-u, na polecenie lekarza dyżurnego, pielęgniarka przez radio wzywa zespoły urazowe, aby były w gotowości do przyjęcia transportu MEDEVAC – wyjaśnia dr Brzozowski.

Wtedy wszystkich na nogi stawia głos w radiotelefonie: „Uwaga! Uwaga! Uwaga! MEDEVAC! MEDEVAC! MEDEVAC!”.

Kiedyś prawie każdy komunikat dla personelu szpitala, podawany przez radiotelefon, zaczynał się od słowa „Uwaga”. – Wszyscy zastygali, a okazywało się, że jakąś drobnostkę ogłaszają. Więc po jakimś czasie poprosiliśmy, żeby sprawy nie związane z naszą robotą zaczynać od „Podaję komunikat…” – uśmiecha się doktor.

Specyfika wojny jest taka, że często trzeba pracować w nocy. – Nasi żołnierze stale są poza bazą. Zawsze musisz być gotowy na sto procent. Ale jak alarm wyrywa ze snu nad ranem, to potrzeba trochę czasu, żeby dojść do siebie – mówi lekarz.

Jeśli do ataku dochodzi niedaleko bazy, rannych można dowieźć samochodem lub opancerzonym Wozem Ewakuacji Medycznej.

Standardem jest jednak transport lotniczy. Lądowisko znajduje się zaledwie 150 metrów od szpitala. Po rannych zawsze wyjeżdża sanitarka. Rannemu towarzyszy ratownik z załogi śmigłowca. W pomieszczeniu nazywanym „Trauma Roomem” przekazuje on poszkodowanego zespołowi urazowemu.

Na „traumie” ranny jest rozbierany. Najczęściej mundur się rozcina. To wyścig z czasem. Lekarz kieruje badaniami, w wyniku których zapadnie decyzja jak pacjent będzie leczony? Do dyspozycji ma przenośny ultrasonograf, wózek rentgenowski z monitorem, urządzenia I-STAT do badań krwi.

– Mobilny ultrasonograf to urządzenie przypominające laptop. Na filmie wyraźnie widać, jak ono pracuje. Trzyma je – pomagająca mi, znakomita ratowniczka – Monika Trajdos. W pogotowiu czeka obsługa aparatu rentgenowskiego. Lampa rentgenowska umocowana jest na ruchomym ramieniu, a pod nosze chorego, na specjalnej półce, kładzie się kasetę radiologiczną. Technik ustawia głowicę i wybiera odpowiednią dawkę promieniowania, a w manewrowaniu urządzeniem pomaga mu kolega – komentuje film dr Brzozowski.

W tym czasie laborantka wykonuje analizę krwi. Niepozorny stół, ustawiony z boku pomieszczenia, to nowoczesne laboratorium analityczne. Na filmie widać trzy urządzenia I-STAT do analizy morfologicznej i biochemicznej krwi. Są tam także płytki RAPID-TEST, na których oznacza się grupę krwi. Praca jest w miarę komfortowa, jeśli ranny jest jeden.

Gdy zdarzy się kilku – wtedy nie dość, że należy pracować na najwyższych obrotach, to najbardziej stresuje konieczność maksymalnego skupienia. W ferworze można bowiem pomylić poszkodowanych lub próbki. To zaś może się skończyć tragicznie.

– Dlatego każdemu pacjentowi, często przywożonemu do nas jako „N.N.”, na „traumie” nadaje się kolejny numer, którym posługuje się laboratorium oraz ratownicy – informuje doktor.

Opublikowany na stronie „Medycyna w Mundurze” materiał filmowy został nagrany do celów szkoleniowych. Pacjentem był afgański policjant z raną postrzałową brzucha. Pocisk przeszedł na wylot, uszkodził jelito cienkie i grube, spowodował też krwawienie do brzucha. Policjanta badał zespół pod kierunkiem dr. Roberta Guły, chirurga urazowego, który teraz pracuje w WIM.

– Choć obrażenia wewnętrzne u policjanta były poważne, to z zewnątrz nie wyglądały drastycznie. W sporej części przypadków urazy są zdecydowanie bardziej rozległe. Jeden z moich pierwszych pacjentów, w wyniku ostrzału z granatnika przeciwpancernego, miał praktycznie oderwane ramię i rozległe ubytki ściany klatki piersiowej. W Afganistanie pierwszy raz zobaczyłem takie obrażenia – wspomina Robert Brzozowski.

Z „traumy” ranny przenoszony jest do sali operacyjnej. Znajduje się ona jakieś dwadzieścia metrów dalej, na końcu korytarza.
Dopiero tam pacjent jest przekładany z noszy, na których trafił do szpitala, bezpośrednio na stół operacyjny. W Polsce taki ranny pewnie już kilka razy byłby przekładany z noszy na wózek i dopiero potem na stół operacyjny.

Na filmie widać pracowników szpitala, przenoszących policjanta na stół operacyjny, anestezjologa i pielęgniarkę – przygotowujących sprzęt do znieczulenia oraz instrumentariuszki – z gotowymi narzędziami.

Następnie pokazano zespół w czasie operacji. – Operujemy z dr. Kiryłem, torakochirurgiem z Ukrainy. W polskim szpitalu pracuje trzech kolegów z Ukrainy, lekarzy wojskowych. To wspomniany Kiryło, anestezjolog – Vitalij oraz internista – Anatolij. Bardzo ich lubimy i cenimy za fachowość – podkreśla dr Brzozowski.

Stałe, olbrzymie napięcie, medycy starają się często rozładować żartami. – W trakcie, czy po ciężkiej operacji, ktoś zażartuje. To szybko rozładowuje napięcie. Z boku może to wyglądać niestosownie, albo nawet zszokować postronnych. Ale to najprostsza metoda ucieczki od stresu – kontynuuje lekarz.

Afgańczycy często przesadzają w opisie rzeczywistości. Zwykle widzą więcej przeciwników, rany wydają im się groźniejsze. Tak po prostu mają… Kiedyś zgłoszono przypadek „otrutych policjantów w stanie bardzo ciężkim, umierających”. Gdy Wóz Ewakuacji Medycznej dojechał pod wejście szpitala, wysiadła z niego trójka ludzi: jeden narzekał na ból głowy, dwaj uskarżali się na nudności i pobolewania brzucha.

– Przywitał ich śmiech. Spodziewaliśmy się bowiem pacjentów w stanie krytycznym… – opowiada doktor.

Podobnie było, gdy jeden z rannych wyszedł ze śmigłowca i samodzielnie chciał dojść do szpitala. Ze zgłoszenia wynikało, że to ranny z udem roztrzaskanym postrzałem z kałasznikowa. A rana – na szczęście – okazała się powierzchowna.

Po zakończeniu operacji, w oczekiwaniu na transport, pacjenci mogą trafić do sali intensywnej terapii. Najczęściej rannych przerzuca się na „wyższy poziom ewakuacji” do szpitala amerykańskiego w Bagram. Ranni Afgańczycy mogą jednak trafić do szpitala wojskowego w Gardez lub prowincjonalnego w Ghazni, niekiedy do Kabulu.
Nieprzytomny ranny jest przenoszony na nosze, szczelnie owijany folią termoizolacyjną lub pakowany w jednorazowy, zielony śpiwór zapinany na rzepy, otrzymuje okulary, ochronniki słuchu i transportowany jest do śmigłowca.

Najczęściej od czasu lądowania śmigłowca MEDEVAC do jego startu mija od dwóch do czterech godzin. Tyle średnio zajmuje operacja i późniejsza intensywna opieka medyczna w ICU – sali intensywnego nadzoru.

Zanim śmigłowiec z pacjentem odleci, trzeba jeszcze wypełnić dokumentację, która jest niezbędna do dalszego leczenia. To sporo szczegółowych, skomplikowanych opisów. Jednak laik podsumowałby je w jednym zdaniu: polscy medycy ze szpitala w Ghazni uratowali życie kolejnemu pacjentowi.

Jarosław Rybak

Zobacz film i czytaj na stronie internetowej Wojskowego Instytutu Medycznego