O „medycznym” przygotowaniu misji wojskowych i wnioskach jakie z tego płyną, reformie wojskowej służby zdrowia, „podziale ról” między lekarzy i ratowników medycznych, konieczności zmian w prawie oraz tym, jak doświadczenia medyków w mundurach można wykorzystać do zwiększenia poziomu bezpieczeństwa obywateli?

Rozmowa z gen. dyw. Mirosławem Różańskim, dyrektorem Departamentu Strategii i Polityki Obronnej Ministerstwa Obrony Narodowej, odpowiadającym za przygotowanie reformy Systemu Kierowania i Dowodzenia Sił Zbrojnych RP

Medycyna w Mundurze: Przez lata dowodził Pan w „linii”, przygotowywał żołnierzy do wyjazdów na wojenne misje. W Iraku dowodził Brygadową Grupą Bojową. Posiadając takie doświadczenie ma Pan pomysł, jak powinna funkcjonować „wojskowa medycyna”?


Mirosław Różański: Temat jest bardzo rozległy. Całościowo mamy omawiać sprawy wojskowej służby zdrowia?

MwM: Dziś zostawmy na boku struktury i sztaby. Popatrzmy na to przez pryzmat „wojskowych dołów”.


M. R.: Jako młody oficer musiałem realizować tematy związane ze szkoleniem sanitarnym. Zwykle robiło się to na strzelnicy, bo te zajęcia obowiązkowo zabezpieczał lekarz. Wszystko zależało wtedy od inwencji dowódcy i zaangażowania lekarza. Żołnierze ćwiczyli zakładanie szyny Kramera na „złamaną” nogę, czepca na „krwawiącą” głowę, uczyli się bandażowania „w jodełkę”. Główną niedogodnością było to, że zajęcia prowadził lekarz, a przecież dotyczyły one tematów, które w rzeczywistości wykonywał średni personel medyczny. To już powinno być sygnałem, że coś jest nie tak. Ale wszystko szło dobrze, do czasu, gdy trzeba było sprawdzić te umiejętności w praktyce. Dlatego po 2003 r., już po pierwszej zmianie w Iraku, żołnierze zaczęli – powiem delikatnie – widzieć mankamenty tego szkolenia.

MwM: Ale poważnie zaczął się Pan przyglądać tej sprawie w 2006 r.?


M. R.: W czasie ósmej zmiany PKW Irak miałem dowodzić Brygadową Grupą Bojową. Powstała ona na bazie dowodzonej przeze mnie 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej. Już wcześniej w 11. Dywizji Kawalerii Pancernej, w strukturach której znajdowała się moja brygada, analizowaliśmy te sprawy. „Czarna Dywizja” od pierwszej zmiany zaangażowana była w Irak, więc na bieżąco miałem informacje od uczestników misji. Analizowaliśmy raporty z poprzednich zmian, widzieliśmy, jak funkcjonuje służba zdrowia na misji, jak wygląda opieka nad rannymi w kraju. Wnioski nie były optymistyczne… Wcześniej mogliśmy obradować i omawiać. Ale jak dostałem rozkaz przygotowania ludzi na wojnę – bo przypomnę, że wtedy w polskiej strefie w Iraku spokojnie nie było – trzeba się było wziąć do roboty.

MwM: Szukał Pan wsparcia w strukturach resortu obrony?


M. R.: Oczywiście, ale szybko okazało się, że rynek cywilny jest zdecydowanie lepiej przygotowany na nasze potrzeby, niż służby resortu obrony. Nas szkolił Mirosław Janz z Międzyrzecza, organizator Społecznej Sieci Ratownictwa. Wzorowaliśmy się na szkoleniach straży pożarnej. Tam każdy musi przejść kilkutygodniowy kurs, nadający podstawowe uprawnienia ratownicze. Ale wtedy ważniejsze dla mnie było to, żeby wyjeżdzający żołnierze mieli umiejętności, a nie uprawnienia. Teraz uważam, że trzeba iść dalej. Po wojskowych szkoleniach „ratownicy w mundurach” powinni mieć uprawnienia formalne. Dobrze opisując zasady długości czasu, jaki musi odsłużyć człowiek, w którego szkolenie inwestujemy, zyskujemy wykwalifikowaną kadrę i dajemy ludziom uprawnienia, które ułatwią im odnalezienie się po zdjęciu munduru. Rozwiązania formalne są ważne także dlatego, żeby nasi ratownicy nie wahali się nieść pomoc w sytuacjach, jakie mogą ich zastać poza służbą.

MwM: Jakie mieliście wnioski związane z organizacją ratownictwa taktycznego na poziomie Grupy Bojowej?


M. R.: Podstawowy był taki: Nie jest racjonalne, żeby lekarz jeździł w patrolach. Na poziomie taktycznym najważniejszy jest ratownik medyczny. To on prowadzi selekcję rannych, odpowiada za podtrzymywanie funkcji życiowych, przekazuje „wyżej” informacje o udzielonej pomocy oraz o obrażeniach, jakich doznali poszkodowani. Do Iraku wyjeżdżał jednorodny zespół, wszyscy z 17. Brygady. W każdej drużynie wytypowano żołnierza, który miał przejść przeszkolenie medyczne i nabyć umiejętności, o których wspomniałem. Udało się. W ramach przygotowań część z tych ludzi podjęła pracę w pogotowiu ratunkowym. Ja wyrażałem zgody na dodatkowe zatrudnienie, a żołnierz podpisywał umowę z pogotowiem. Ludzie jadący na misję widzieli te przygotowania, mieli poczucie, że sporo robimy, aby podnieść poziom ich bezpieczeństwa.

MwM: Poligonem były też „Przystanki Woodstock”?


M. R.: Zespoły ratowników dyżurowały w czasie tej olbrzymiej imprezy. To faktycznie był poligon. Żołnierze „zaliczali” po kilkadziesiąt przypadków dziennie: złamań, omdleń, przegrzań organizmu, zatruć.

MwM: Jak się to sprawdziło w Iraku?


M. R.: Ratownicy wiedzieli po co pojechali na misje, a żołnierze ufali im bezgranicznie. Pamiętam Wielkanoc 2007 r. w Al-Kut, rutynowy patrol opuścił bazę Delta z zadaniem sprawdzenia okolicznych dzielnic. Po kilku minutach dotarły do nas odgłosy eksplozji i ognia broni strzeleckiej. Pluton por. Millera zaatakowano dwoma IED. Jak mi później relacjonowano, ratownik Ewa Łazarz, pomimo ostrzału rebeliantów sprawdzała w jakim stanie byli koledzy, którzy znajdowali się w pojazdach humvee ugodzonych ładunkami. Pytałem ja później czy nie bała się, że zginie? Przecież strzelano w jej kierunku. Odpowiedz była rozbrajająca: „jestem po to by nieść pomoc”.

MwM: Teraz jest Pan na takim stanowisku, że może wdrażać swoje doświadczenia w całych Siłach Zbrojnych?


M. R.: Gdyby system wojskowej służby zdrowia przyrównać do rannego, to trzeba powiedzieć, że mamy do czynienia z poszkodowanym z rozległym urazem wielonarządowym. Na taki stan wpłynęło wiele przyczyn. Nie bez znaczenia są przepisy ustawy pragmatycznej. Unifikacja stopni i stanowisk spowodowała, że lekarze przestali mieć motywację. Do tego w resorcie panowało przekonanie, że wojsko może sporą część usług „wydzierżawić” na rynku cywilnym. Niestety, ta koncepcja nie została poparta głębszą analizą. Na to nałożyły się zmiany w systemie państwowej służby zdrowia: zlikwidowano branżowe kasy chorych, MON oddawał kolejne szpitale. Obecnie karty rozdaje Narodowy Fundusz Zdrowia. Do niedawna był taki czas, że wszystko chcieliśmy redukować. Teraz mrzonką byłoby myślenie, że odtworzymy dawny system. Na wojskową służbę zdrowia musimy patrzyć systemowo, przez pryzmat bezpieczeństwa państwa.

MwM: Widzi Pan jakieś przeszkody we wprowadzaniu „nowego”?


M. R.: Obecny system podtrzymywany jest przez niektóre ośrodki decyzyjne, podpierające się rozbudowanymi, nieprzystającymi do rzeczywistości, przepisami. Pewnym problemem jest też „lobby lekarskie”. Znam świetnych lekarzy w mundurach, jestem dla nich pełen szacunku. Ale jako grupa zawodowa, będą się musieli „podzielić rolami” z ratownikami medycznymi. Do pewnego stopnia rozumiem ten opór. Coś podobnego obserwowałem w jednostkach, gdy „podnosiliśmy rangę” podoficerów. Wielu moich kolegów oficerów miało spory problem z zaakceptowaniem tego, że podoficer ma być dla nich partnerem. Rzeczywistość pokazała, że to się udało. Teraz musimy wykonać podobną pracę, czytelnie podzielić kompetencje i obowiązki. Zbudować pozycję ratowników medycznych. Lekarze powinni funkcjonować dopiero na drugim – lub wyższym – poziomie ewakuacji. Proszę zwrócić uwagę na pewien paradoks. W resorcie prowadzono rozmowy na ten temat, ale… bez udziału ratowników. Chyba byłem pierwszym, który na takie spotkanie zaprosił przedstawiciele tej grupy. Ostatnio, w czasie otwarcia Centrum Kształcenia Podyplomowego WIM, mogliśmy zobaczyć, że tam już został prawidłowo ustawiony podział zadań.

MwM: Ale ma Pan świadomość, że największym hamulcowym w MON jest zwykle „pośredni szczebel decyzyjny”. Z całym szacunkiem: można mieć najlepszego ministra, wybitnych dyrektorów departamentów, ale propozycje zmian opiniują ludzie, którzy na swoich stanowiskach przetrzymali już niejednego przełożonego…


M. R.: Poznałem ten problem na własnej skórze. Jako dowódca brygady, a potem dywizji byłem zaangażowany w powstanie podręcznika „Opieka nad rannymi w warunkach pola walki. Procedury dla żołnierzy”. To jest dzieło żołnierzy 17. Brygady, wsparł je płk lek Zbigniew Aszkielaniec, obecnie komendant Wojskowego Centrum Kształcenia Służb Medycznych w Łodzi. Materiał był gotowy, ale prace nad wydaniem tej publikacji wyraźnie zwolniły, gdy wokół mojej osoby zaczęły się „perturbacje” i wielu zastanawiało się, czy zostanę w wojsku, czy zdejmę mundur? Wszystko – bez jakiegokolwiek mojego udziału – przyspieszyło, gdy okazało się, że nie odchodzę, ale awansuję. Mówię o tym otwarcie, ponieważ to częste zjawisko. Urzędnicy w mundurach zamiast zajmować się swoją robotą, starają się dopasować i czekać na rozwój sytuacji.

Jednak wierzę, że uda się zmienić rzeczywistość. Minister obrony powołał zespół wybitnych praktyków. Ma zaszczyt kierować tymi pracami. Liczę, że możemy stworzyć system, który żołnierzowi da poczucie większego bezpieczeństwa. Będzie opierał się na kilku filarach: profesjonalnym ratowniku – potrafiącym udzielić kompetentnej pomocy na miejscu zdarzenia, sprawnej ewakuacji medycznej, dobremu leczeniu, rehabilitacji i opiece nad poszkodowanymi.

MwM: To ogromne wyzwanie?


M. R.: Reforma Systemu Dowodzenia i Kierowania SZ RP to ogromna praca. Jej elementem będzie reforma wojskowej służby zdrowia. Ale niektóre rzeczy można zmienić już teraz, nie potrzeba działań legislacyjnych. Szpitale wojskowe mają zły wizerunek wśród żołnierzy, szczególnie rannych i poszkodowanych. Nie można wszystkiego tłumaczyć tym, że NFZ pacjentów traktuje równo! W szpitalach wojskowych pacjenci w mundurach stanowią niewielki odsetek, zaledwie od 2 do 8 proc. Koledzy lekarze muszą więc pomyśleć, jak poszukać ścieżki usprawniającej obsługę tej grupy klientów? No bo czy stać nas, żeby szeregowy cały tydzień robił badania okresowe? Wojsko płaci mu pensję, dodatkowo za dojazdy do szpitala, a żołnierz się nie szkoli. Popatrzmy na wojsko jak na koncern. Jaką prywatną firmę stać na takie marnotrawstwo?
Już nie wspominam o przypadkach złośliwych komentarzy w stosunku do rannych żołnierzy. Takie historie nie były rzadkością. Jako dowódca wielokrotnie interweniowałem w przypadkach, których załatwienie wymagało głównie dobrej woli i empatii. Ale przecież nie o to chodzi, żeby generał wydzwaniał do komendanta szpitala!

MwM: Wracając do „podziału ról”. Gdzie powinna leżeć granica między kompetencjami ratowników i lekarzy?


M. R.: Za udzielenie pomocy i ewakuację z pola walki lub rejonu ćwiczeń mają odpowiadać ratownicy. Tu oczywiście pojawia się kolejny temat – mobilności pododdziałów ewakuacji. Wyższym poziomem są Grupy Zabezpieczenia Medycznego. To tam powinno być miejsce dla lekarzy. Realnie mamy sześć GZM, miało być 30. Formuła Grup jest bardzo dobra, ale się nie sprawdza. Jednym z problemów jest dyslokacja GZM. Służba na prowincji, z daleka od ośrodków medycznych, nie jest atrakcyjna dla lekarza, który musi przecież podnosić kwalifikacje zawodowe. Dlatego GZM trzeba umiejscowić w pobliżu szpitali, których organem założycielskim jest MON.
Rozmawiałem o tym m.in. z dyrektorem WIM. Uważamy, że jeśli uda się właściwie opisać rozwój zawodowy lekarza wojskowego, podnoszenie jego kwalifikacji zawodowych, wpisać w to udział w misjach i poligonach, wtedy – w razie potrzeby – mielibyśmy do dyspozycji kompletne GZM. Lekarze niechętnie wyjeżdżają na półroczne misje, w ich profesji to za długi czas. Więc normą powinny stać się wyjazdy na dwa, trzy miesiące. Każdy lekarz potwierdzi, że misja to źródło olbrzymich doświadczeń.

MwM: To może zatrzymać zdejmowanie mundurów?


M. R.: W 2012 r. Departament Wychowania i Promocji Obronności MON sprawdzał, co powoduje odejścia ze służby? Z badań socjologicznych wynikało, że nie chęć uzyskania emerytury, ale frustracja, brak możliwości rozwoju i awansu. Co ciekawe odchodzili głównie ludzie z dołów, a nie ze sztabów. Wcześniej w resorcie przećwiczyliśmy argumentację finansową. W skali wojska płaciliśmy gigantyczne pieniądze lekarzom wyjeżdżającym na misje. Mogli zarabiać więcej, niż dowódcy kontyngentów. A chętnych nie było…

MwM: Jeśli nie pieniądze, to co?


M. R.: Pamiętam pierwszy, przetłumaczony z angielskiego dokument, który dostałem do ręki. To był Regulamin Działań Taktycznych Sił Lądowych ATP-35 (b). Czterdzieści stron poświęcono w nim morale żołnierzy. Niestety, choć wydano sporo instrukcji, kodeksów, regulaminów, w MON tak naprawdę nie budowaliśmy morale. Żeby było jasne: nie chcemy szukać altruistów. Za dobrą prace należy się odpowiednia płaca. Ale równie ważne jak rozwiązania finansowe, są rozwiązania organizacyjne, które pozwolą na rozwój osobisty i poczucie dumy ze służby w mundurze.

MwM: W czasie szkolenia w 2006 r. można się było wzorować na standardach Państwowej Straży Pożarnej. Ale od tego czasu minęła epoka. Nasi medycy edukują się u sojuszników, Amerykanie w 1996 r. ustalili określone wzory postępowania ratunkowego na polu walki. Dzięki misjom w Iraku i Afganistanie mamy własne rozwiązania i bogate doświadczenie. Jak to wykorzystać?


M. R.: Służba zdrowia kojarzy się ze strukturą, którą trzeba „leczyć”. Jeżeli już zamierzamy poprawiać stan obecny zróbmy to tak, by wyprzedzić czas. Doświadczenia ratowników, pielęgniarek i lekarzy, jakie wynoszą z naszego zaangażowania w misjach, jest nie do przecenienia. Jeżeli wypracujemy formułę wspólnego modelowania przyszłości, bez uprzedzeń – i niejednokrotnie walki o wpływy – możemy doprowadzić do tego, że służba zdrowia w naszym resorcie może stać się – obok wojsk specjalnych – jednym z „towarów eksportowych”. Mamy potencjał, niestety nie jest on dostrzegany. Równocześnie brak nam rozwiązań systemowych i regulacji prawnych, zarówno wewnątrzresortowych, jak i ogólnokrajowych. Prawo można zmienić, dostosować i stworzyć formułę, którą wykorzystywać można w czasie pokoju, dla dobra ogółu społeczeństwa. W stanach wyższej konieczności, w kraju czy za granicami, dysponować moglibyśmy cennym atutem: mielibyśmy wartościowe, poszukiwane siły, niekoniecznie pododdziały bojowe.

MwM: Mówi Pan, że wojsko musi być wpisane w nowoczesny system bezpieczeństwa państwa. Jak ma to wyglądać?


M. R.: Przy każdym kataklizmie żołnierze pomagają. Choć ja uważam, że ta pomoc powinna być wyspecjalizowana. Pamiętam historię z zalanej Bogatyni. Moi żołnierze sprzątali teren po powodzi, a w pobliżu siedziało trzech ich rówieśników pijąc piwo. Dlaczego nie usuwali szkód? Przecież to ich miejsce zamieszkania? Odpowiedzieli, że po to płacą podatki, żeby ktoś posprzątał po powodzi. Na taką pomoc świadczoną przez Siły Zbrojne patrzę sceptycznie. Co innego kwalifikowane wsparcie, np. po gigantycznej awarii prądu w Szczecinie, powodziach, śnieżycach, w czasie akcji ratunkowej po katastrofie pociągów pod Szczekocinami, hali targowej w Katowicach. Wojskowa sanitarka zabiera jednocześnie czterech lub sześciu poszkodowanych. Proszę zwrócić uwagę, jak przyspieszy to akcję ratowniczą! Oddanie wojskowych służb do dyspozycji społeczeństwa to dla wojska najlepszy poligon, a cywile będą mieli zwiększone poczucie bezpieczeństwa. Udzielaniem profesjonalnej pomocy – w różnych formach i wymiarach – więcej byśmy zyskali, niż akcjami promującymi służbę wojskową.

MwM: To wymagać będzie zmian przepisów, m.in. ustawy o ratownictwie medycznym. Czyli wojsko chce wchodzić na obszary zarezerwowane dla cywili?


M. R.: Wojsko jest elementem systemu bezpieczeństwa państwa. Musi się dostosowywać do współczesnych wyzwań. Liczę, że oferta medyków w mundurach będzie wartościowym uzupełnieniem obecnego systemu ratownictwa. Oni nikomu nie zagrażają. Jest ich zbyt mało, żeby stali się grupą dominującą. Żołnierze jeżdżący w karetkach pogotowia uczą się od swoich kolegów – cywili. Ale to może działać także w drugą stronę. Przypomnę niedawną historię z Sanoka. Przestępca ukryty w bloku strzelał do ludzi na ulicy. Na szczęście do nikogo nie trafił. Gdyby tak się stało, mielibyśmy klasyczną sytuację, z jaką spotykają się ratownicy w Afganistanie. Podając ten przykład nie chcę proponować kompleksowego szkolenia załóg karetek z ewakuacji poszkodowanego w warunkach kontaktu ogniowego. Ale przynajmniej podstawy wiedzy w tym zakresie byłyby przydatne.

MwM: Podobnie jak inni decydenci w MON, doskonale Pan wie, że w ramach każdej zmiany PKW służy kilkunastu ratowników medycznych, którzy systematycznie naruszają przepisy ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym. Ratując życie rannych, podają leki i wykonują procedury, których formalnie wykonywać nie mogą. Wszystko funkcjonuje dobrze, dopóki nie dojdzie do nieszczęścia. Czy jest jakiś pomysł na szybkie dostosowanie przepisów do rzeczywistości?


M. R.: W moim przekonaniu rozwiązanie jest proste i wymaga dialogu międzyresortowego. Części cywilnej służby zdrowia też zależy na tym, by posiadać jak największą ilość podmiotów niosących podstawową pomoc medyczna. Temat podejmowałem w Ministerstwie Zdrowia podczas ubiegłorocznego sprawdzania realizacji zadań obronnych przez ten resort. Konkluzje rozważań są bardzo zachęcające. Uważam, że w tej sprawie wymagać należy większego zaangażowania naszego Inspektoratu Wojskowej Służby Zdrowia.

Rozmawiał: Jarosław Rybak


Fot.: z archiwum Mirosława Różańskiego

Czytaj na stronie internetowej Wojskowego Instytutu Medycznego