O weteranach, którzy na misjach walczą z realnym przeciwnikiem, a w Polsce z brakiem zrozumienia. Wprowadzaniu zmian w Wojskowym Instytucie Medycznym związanych z opieką nad rannymi żołnierzami. I o tym, dlaczego dobrze funkcjonujący system pomocy poszkodowanym może być bardzo skuteczny w prowadzeniu akcji werbunkowej wśród kandydatów do służby w mundurze.

Rozmowa z gen. bryg. dr. hab. n. med. Grzegorzem Gielerakiem, dyrektorem Wojskowego Instytutu Medycznego:

Medycyna w Mundurze: Z mediów wyłania się dosyć jednoznaczny obraz: statystyczny żołnierz ranny na misji jest niezadowolony lub bardzo niezadowolony z jakości swojego leczenia. Co pan – dyrektor największego szpitala w Polsce, do którego trafia największa liczna rannych i poszkodowanych – na to?


Grzegorz Gielerak: Zacznijmy od sprawy ogólnej, ponieważ z niej bierze się główny problem w społecznym podejściu do weteranów, a szerzej – do żołnierzy. Wyobraźmy sobie, że gdzieś w Azji czy Afryce terroryści porwali polski samolot pasażerski. Operację ratowania zakładników przeprowadzają nasi żołnierze. W czasie walki kilku z nich odnosi poważne rany. Chyba każdy się zgodzi, że nie dość, iż są oni bohaterami, to należy im się pomoc medyczna najwyższej jakości. To jest teoretyczny przykład, a teraz rzeczywistość: Polacy ginęli w zamachach terrorystycznych w Nowym Jorku, Madrycie, Londynie, na wyspie Bali. Chroniąc naszych obywateli, żołnierze walczą – na szczęście daleko od kraju – z organizatorami tych zamachów. Tam giną i zostają ranni. Jaki jest społeczny odbiór tych misji? Ci sami ludzie, którzy wzruszaliby się bohaterstwem ratowników z fikcyjnej historii odbijania samolotu, nie chcą zrozumieć sensu zaangażowania Wojska Polskiego w misję w Afganistanie. Już blisko 200 lat temu Carl von Clausewitz napisał, że „wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami”. Szczególnie dziś, w dobie konfliktów asymetrycznych, widać jak bardzo trafnie ten słynny teoretyk wojny ujął istotę problemu, który mimo upływu lat jest także naszym udziałem.

Niestety, w zmianie nastawienia społecznego, wojsko samo niewiele może. Potrzebne jest wsparcie decydentów kształtujących scenę polityczną oraz mediów, mających największy wpływ na opinię publiczną.

MwM: W tej sprawie – pełna zgoda. A wracając do pytania?


G. G.: Z racji zajmowanego stanowiska jestem stroną w tej relacji weteran – służba zdrowia, więc moje opinie nie będą absolutnie obiektywne. Wszyscy widzimy, że polska służba zdrowia jest w permanentnym kryzysie, przepisy nie przystają do rzeczywistości. To są czynniki obiektywne. Ale nie wolno się nimi zasłaniać i nic nie robić. Mogę się wypowiadać tylko za Wojskowy Instytut Medyczny. Co jakiś czas słyszę o tym, że weterani są niezadowoleni z „jakości obsługi”. Jako żołnierzowi i lekarzowi zależy mi na tym, żeby zmieniać to na poziomie, na jaki mam wpływ. Dlatego przy okazji ostatnich warsztatów dla rodzin żołnierzy z traumą, jakie przed kilkoma tygodniami zorganizowaliśmy w WIM, poprosiłem prezesa Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach poza Granicami Kraju abyśmy to wyjaśnili. Skoro pojawiają się głosy niezadowolenia, to powinniśmy sprawdzić co w naszym szpitalu można jeszcze poprawić? Bo pewne zmiany już wprowadziliśmy. No i okazało się, że tak ogólnie o niezadowoleniu możemy rozmawiać, ale trudno o jakieś konkrety.

MwM: No to skąd się biorą te negatywne opinie, których sam wysłuchiwałem?


G. G.: Chciałbym, żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie twierdzę, że głosy jakiejś krytyki są bezzasadne. Misje w Iraku i Afganistanie są wielką szkołą dla całej armii, w tym także dla naszej służby zdrowia. Początki tych kontyngentów były niezwykle trudne, obnażyły wszystkie problemy wojska, m. in. w sprawach medycyny. Dopiero zadania o charakterze wojennym pokazały, jak w rzeczywistych warunkach funkcjonuje wojskowa służba zdrowia. A była ona w tym samym miejscu co logistyka, programy szkolenia czy inne pojedyncze trybiki maszyny jaką są Siły Zbrojne.

Przed dziesięciu laty, gdy zaczęli trafiać do nas pierwsi ranni z Iraku, nie byliśmy przygotowani na takie wyzwanie. W misjach zagranicznych uczestniczyliśmy od 1953 r. Do 2003 r. życie straciło w nich kilkudziesięciu ludzi. Co charakterystyczne, większość to ofiary wypadków, zawałów serca, wylewów, zdarzali się samobójcy. Najmniej było ofiar działań wojennych. W wojsku panowało przekonanie, że misje to okazja do przeżycia przygody i dodatkowego zarobku. Dlatego ranni opowiadają, że słuchali złośliwych uwag „na własne życzenie pojechałeś zarobić kasę, to teraz cierp”. Pewno to się zdarzało… W pierwszych latach misji w Iraku system wsparcia rannych, poszkodowanych i rodzin poległych nie istniał. Myślę, że wiele bulwersujących, a niekiedy skandalicznych historii, do których wtedy dochodziło, na lata ukształtowały opinię publiczną. Ale tak, jak zmieniło się wyposażenie czy szkolenie żołnierzy wysyłanych teraz na misje, tak zmienił się Wojskowy Instytut Medyczny.

MwM: Co konkretnie zmieniliście?


G. G.: Przed kilku laty jeden z żołnierzy, niezadowolony z opieki zrezygnował z leczenia w WIM, a potem spisał swoje uwagi. Dostałem ten dokument. Ostatnio słyszałem, że jest usatysfakcjonowany, bo wprowadziliśmy rozwiązania, o które postulował. Powołaliśmy pełnomocnika ds. weteranów. Została nim pielęgniarka, pani Urszula Marszałkowicz-Flis. To się sprawdziło, bo sami żołnierze na stronie internetowej poświęconej obchodom Dnia Weterana napisali: „weterani z wcześniejszych misji czują lekkie ukłucie zazdrości, kiedy słyszą od „młodszych” kolegów jaką troską i zainteresowaniem ze strony „pani Uli” są dziś otaczani ranni żołnierze i często towarzyszące im rodziny”. Opracowaliśmy i wdrożyliśmy szereg procedur, norm postępowania, nowatorskich działań mających na celu podniesienie jakości opieki nad weteranami pozostającymi pod opieką WIM. Jedno czego żałuję, to że nasze – dyrekcji WIM – ambicje oraz konkretne pomysły na dalszą poprawę sytuacji weteranów i ich rodzin wykraczały daleko poza poziom zaangażowania oraz wsparcia finansowego i logistycznego, z jakim spotkaliśmy się ze strony organu nadzorującego.

Przy okazji chciałbym zaapelować do weteranów: jeśli mają pomysły, co jeszcze możemy zmienić w WIM – proszę o takie informacje. To dla nas niezwykle ważne. Żeby polepszać jakość usług, musimy znać konkretne zastrzeżenia pacjentów, mieć wiarygodną informację zwrotną. Chcielibyśmy też zamknąć ten „ciemny okres”: wyjaśnić, które historie niezadowolonych są już przeszłością, a jakie niedociągnięcia nadal im przeszkadzają?

MwM: Tylko czy to musi tak długo trwać?[/tlt_header]
G. G.: Jako lekarz najlepiej wiem, że do nas nie trafiają ludzie zdrowi, że często ścigamy się ze śmiercią. Też chciałbym, żeby przepisy zmieniano szybciej, biurokratyczna machina działała sprawniej. Przepisy niejednokrotnie wiążą ręce, ale równie często problemem jest zwykły brak zrozumienia dla poszkodowanego. Niezwykle irytuje mnie nonszalancja, schematyzm w działaniu czy zamiłowanie do biurokracji. To dotyczy urzędników, ale także personelu medycznego. No bo czy nie można po prostu pomóc niepełnosprawnemu weteranowi, który długo czeka na wózek czy protezę? Przecież jeśli zostanie źle potraktowany, pójdzie do mediów i dzięki nim załatwi swój problem. Ale będzie to skutkowało tym, że iluś ludzi kolejny raz dostanie argument, iż państwo zwyczajnie nie dba o żołnierzy wysyłanych na misjeżołnierzy. Jeśli niektórym brakuje zrozumienia, to powinni działać z czystego wyrachowania i pomagać z własnej woli. Weteran w końcu wywalczy swoje, ale straty wizerunkowe dla resortu obrony i innych instytucji państwa będą duże.

Od razu jednak chcę podkreślić, że tak jak w środowisku medycznym są ludzie małoempatyczni, tak i wśród żołnierzy są niekiedy osoby, które oczekują zbyt wiele. Ustawa o weteranach daję pewne przywileje. Ale nie wszyscy uprawnieni znają przepisy, mają pretensje, bo słyszeli, że się należy im się „leczenie bez kolejki”. Ale to leczenie dotyczy tylko schorzenia, którego nabawili się na misji. Ranny postrzelony w nogę nie może iść bez kolejki do okulisty. A niekiedy zdarzają nam się takie pretensje.

MwM: Powtarzam jednak pytanie: czy wypracowywanie standardów musi trwać tak długo?


G. G.: Znowu mogę mówić tylko o WIM. Przed dziesięciu laty nie mieliśmy żadnego doświadczenia w leczeniu stresu bojowego. Praktyczną wiedzę zdobywaliśmy na naszych pacjentach. W pierwszych latach misji w Iraku wydawało nam się, że wystarczy standardowe podejście do pacjentów, którymi są ranni żołnierze. Z czasem okazało się, że ich oczekiwania są wyższe, szczególnie dotyczyło to leczonych w amerykańskim szpitalu w bazie Ramstein w Niemczech.

MwM: No właśnie. Ranni często mówią, że najchętniej nie wyjeżdżaliby z amerykańskiego szpitala, bo tam traktowano ich lepiej…[/tlt_header]
G. G.: On funkcjonuje na zupełnie innych zasadach, niż szpitale w Polsce. Nie wspominam o możliwościach finansowych czy zapleczu socjalnym. To szpital wojenny, spora część personelu pracuje w kilkumiesięcznych turach. Są więc ludźmi ze świeżym umysłem, entuzjazmem w podejściu do pracy. Ranni to widzą. Inny jest też sposób podejścia medycznego do rannych.

MwM: To znaczy?


G. G.: Od niektórych weteranów słyszałem, że dopiero w Polsce zaczęli czuć ból swoich ran. Traktowali to jako jeden z dowodów „gorszego traktowania w kraju”. Przebywając u naszych sojuszników, świeżo po operacjach, dostawali środki przeciwbólowe. My kontynuowaliśmy leczenie, należało odstawić leki ograniczające ból. Ten etap łączył się z tzw. szarą rzeczywistością. Po pierwszych dniach szoku i niedowierzania, znieczulonego trochę przez farmaceutyki, ranny zdawał sobie sprawę z obrażeń, często nieodwracalnych, zaczynał czuć fizyczny ból. To naturalne, że w takich sytuacjach człowiek jest bardziej drażliwy. W sytuacjach nerwowych niekiedy brakowało – wspominanej już – empatii, także ze strony naszego personelu.

Dlatego z pokorą przyjmuję uwagi pacjentów. Choć z drugiej strony uważam, że jako WIM możemy mieć powód do dumy. Na stronie internetowej Dnia Weterana, w zakładce prezentującej gości honorowych uroczystości, wymieniono osoby z Niemiec i Stanów Zjednoczonych. Jedynymi Polakami w tym gronie są przedstawiciele WIM: wspomniana już Urszula Marszałkowicz-Flis, prof. Stanisław Ilnicki, były kierownik Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego CSK MON WIM, jej obecny szef – dr n. med. Radosław Tworus oraz dr n. med. Mariusz Barański – kierownik Oddziału Zakażeń Narządu Ruchu CSK MON WIM.

MwM: W czasie rozmów o pomocy poszkodowanym umyka poważny argument. Sposób potraktowania żołnierza, który miał pecha w czasie misji, jest bardzo jasnym sygnałem dla kandydatów do służby wojskowej…[/tlt_header]
G. G.: To prawda. Obserwując system pomocy dla rannych oraz rodzin poległych, kandydat – poważnie podchodzący do decyzji o założeniu munduru – może wyrobić sobie opinię o tym, jak sam zostanie potraktowany przez organizację, z którą chce się profesjonalnie związać. Dobrze funkcjonujący system pomocy może więc być jednym z bardzo skutecznych argumentów w polityce werbunkowej. To bowiem takie „dodatkowe ubezpieczenie” dające żołnierzowi – oraz jego rodzinie – pewien psychiczny komfort w czasie wykonywania zadań powierzonych mu przez państwo.

Rozmawiał: Jarosław Rybak

Czytaj na stronie internetowej Wojskowego Instytutu Medycznego