dr Mariusz Barański

Jak wytłumaczyć fenomen: choć skierowanie na Oddział Zakażeń Narządu Ruchu Wojskowego Instytutu Medycznego oznacza dłuższe, bolesne leczenie, to jednak pacjenci bardzo je sobie chwalą? A są to zawsze „ludzie po poważnych przejściach”. Z takimi nie potrafiono sobie poradzić w innych ośrodkach leczniczych!

Na stronie internetowej „Dnia Weterana 2013” dawni pacjenci napisali: „Pomimo tego, że leczenie w Oddziale Zakażeń Narządu Ruchu jest długotrwałe i bolesne, pobyt tam wspominamy z wielkim sentymentem i sympatią dla dr Mariusza Barańskiego oraz podległego mu personelu. W naszej pamięci na zawsze pozostaną troska i opieka, jakimi przez wiele miesięcy i do swych ostatnich dni otaczany był nasz śp. kolega –  kpr. Paweł Staniaszek.”
O ppłk w st. spocz. dr n. med. Mariuszu Barańskim, kierowniku oddziału, w środowisku rannych i poszkodowanych krążą już legendy. Na wspomnianej stronie internetowej scharakteryzowano go tak: „Jako wysokiej klasy specjalista, przyczynił się do uratowania niejednej kończyny powracających z misji rannych żołnierzy. To człowiek o wyjątkowej empatii i ciepłym sercu, o czym zaświadcza każdy z weteranów, któremu dane było zostać pacjentem „doktora Mariusza”. O nasze zdrowie walczy do końca, unikając „najprostszego rozwiązania” nawet w przypadkach – jak nam się często wydawało – beznadziejnych.”

Mariusz Barański w 1993 r. ukończył Wojskową Akademię Medyczną w Łodzi. Tam doświadczenia zbierał pod kierunkiem prof. Krystiana Żołyńskiego. Jako młody podporucznik trafił na staż do WIM. Dwa lata później został oddelegowany na kolejny staż, do jednostki wojskowej w Ostródzie. Po powrocie do Warszawy, przechodził przez kolejne kliniki WIM: chirurgii urazowej, ortopedii dziecięcej, ortopedii. Po drodze, w 1998 r., ukończył staż naukowy w Donauspital w Wiedniu. Od początku kariery lekarskiej interesowały go zakażenia kości. W 1998 r. obronił doktorat z tej tematyki. Od 2001 r. kieruje oddziałem tak chwalonym przez weteranów.

– Mogę powiedzieć w imieniu swoim i kolegów, że oddział dr Barańskiego jest najlepszy w całym Instytucie! Ranni mają sporo mniejszych lub większych żali o to, jak byli traktowani w WIM oraz w innych szpitalach. Ale to nie dotyczy oddziału dr Mariusza – przekonuje mjr Leszek Stępień, sekretarz generalny Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach poza Granicami Kraju i jednocześnie pełnomocnik zarządu stowarzyszenia ds. leczenia i rehabilitacji.

Szok na oddziale

Tę zbiorową opinię można rozbić na pojedyncze przypadki. Jeden z nich to właśnie Leszek Stępień. Major był pierwszym żołnierzem rannym w Afganistanie. 1 czerwca 2002 r., w czasie rozminowywania terenu wokół bazy Bagram, został ciężko ranny. Wybuch miny przeciwpiechotnej urwał mu lewą nogę na wysokości kolana. Prawa także została poważnie pokiereszowana. Pierwszą operację przeszedł w hiszpańskim szpitalu polowym w bazie Bagram, potem przez bazę w Ramstein trafił do WIM.

Z ogólnym zakażeniem umieszczono go na oddziale dr Barańskiego.

– Byłem pierwszym rannym, więc ze mną obchodzili się jak z jajkiem. Podobno minister obrony, śp. Jerzy Szmajdziński, polecił ściągnąć z urlopów najlepszych specjalistów, jacy byli w WIM – wspomina major.

Najbardziej zapamiętał jednak doktora Mariusza.

– Proszę sobie wyobrazić, że ten facet przychodził do mnie cztery razy dziennie! Walczyliśmy o prawy staw kolanowy. Pojawiały się takie sugestie, żeby amputować nogę powyżej kolana. Żona, która w tych ciężkich chwilach towarzyszyła mi w szpitalu, była przygotowana na tę amputację. Ale doktor powtarzał „jeszcze poczekamy, zobaczymy co da się zrobić”. Tłumaczył żonie „jak się nie uda uratować stawu, to utniemy, ale na to zawsze jest czas” – opowiada Leszek Stępień.

Pod kolanem rannemu został tylko mały kikucik. To komplikuje korzystanie z protezy. – Ale wiem, jaka jest różnica między brakiem a posiadaniem kolana. Lepiej je mieć… Do tego, w roku 2003 r., średniej jakości proteza podkolanowa kosztowała ok. 35 tys. zł. Ta ze stawem była dwa, trzy razy droższa. Odkąd obowiązuje ustawa o weteranach nie ma problemu, bo protezy dostajemy bezpłatnie. Ale wtedy musiałem pisać wiele wniosków z prośbą o udzielenie pomocy – mówi weteran.

– U tego pacjenta musieliśmy przeprowadzić bardzo rzadko wykonywaną operację, która uratowała mu staw kolanowy – wyjaśnia dr Mariusz Barański.

Ranny pamięta, jak w pewnym momencie doktor zapuścił brodę. Stwierdził, że się nie ogoli do czasu, aż nie wyprowadzi na prostą ciężko rannego pacjenta. I faktycznie – ogolił się, gdy zameldował komendantowi, że Stępień już nie ma zakażenia!

– Wtedy wszyscy mu gratulowali, a wcześniej niewielu dawało nadzieje, że się uda uratować moje kolano. Jemu to zawdzięczam w 99 proc. No, ale jak to zwykle bywa, doktor się starał, a jak mnie wyleczył, to od razu pojawiło się sporo ojców sukcesu – uśmiecha się mjr Stępień.

Po wyjściu z WIM musiał kontynuować leczenie. – Ranni koledzy, którzy leżeli w amerykańskim szpitalu w bazie Ramstein, po przetransportowaniu do polskich szpitali narzekają na to, że byli traktowani jak pączki w maśle, a w kraju wrócili do szarej rzeczywistości. Ja miałem podobną sytuację, kiedy po pobycie w WIM trafiłem do szpitala w moim mieście  – kontynuuje oficer.

Gdy po jakimś czasie pojawiły się problemy z wiązadłami krzyżowymi, lekarze sugerowali amputację stawu kolanowego. Major jeździł więc na konsultacje do prof. Wojciecha Marczyńskiego, który zajmował się nim w WIM. Profesor twierdził, żeby na żadną amputacje się nie zgadzać, bo wszystko będzie dobrze.

– No i okazało się, że było dobrze! Choć oczywiście żadna proteza nie zastąpi nogi, a czas nie jest łaskawy dla rannych. Zaraz po rekonwalescencji mogłem nosić dwa wiadra z węglem, teraz, po kilku latach, mogę nosić już tylko jedno – przekonuje major.

Podobne wspomnienia z WIM ma mł. chor. rez. Marcin Maludziński, który uczestniczył w trzeciej zmianie kontyngentu w Iraku. Stacjonował w bazie Babilon, służył w grupie zabezpieczenia medycznego. 21 sierpnia 2004 r., niedaleko miasta al-Hillah, przy jego konwoju wybuchła mina-pułapka. Eksplozja nastąpiła koło sąsiedniego samochodu, zginął kpr. ndt. Krystian Andrzejczak, żołnierz z Elbląga.

Karetkę Maludzińskiego siła fali uderzeniowej zdmuchnęła z drogi. Odłamki uszkodziły i poparzyły głowę oraz lewą stronę ciała, nogę, rękę.

– Miał wieloodłamowe złamanie kości udowej, część kości wypadła, do tego dochodziły rozległe rany i ubytki tkanek miękkich. Walczyliśmy o lewą rękę. Pierwotne leczenie miało wygoić zakażenie i zamknąć tkanki miękkie, wtórne – zrekonstruować kość ramienną. Postanowiliśmy przeszczepić Marcinowi unaczynione fragmenty jego własnych żeber. Zabieg wykonano w Klinice Traumatologii i Ortopedii WIM kierowanej przez prof. Krzysztofa Kwiatkowskiego, przy współudziale chirurga rekonstrukcyjnego dr. Marka Molskiego ze Szpitala Czerniakowskiego w Warszawie. To żadna ujma poprosić o pomoc specjalistów z innych ośrodków, doświadczonych w rzadkich operacjach, które w naszym ośrodku nie są wykonywane. W ciągu ostatnich 10 lat dwa razy korzystaliśmy z ich pomocy – tłumaczy dr. Barański.

– Na oddziale przeżyłem szok! Nigdy wcześniej nie spotkałem się z taką sytuację, żeby opiekował się mną sam szef. Dr Barański osobiście zmieniał mi opatrunki. Trzeba było to robić kilka razy dziennie. No i doktor zawsze był: rano, po południu, wieczorem, przychodził w soboty i niedziele. Na leczenie w WIM nie mogę narzekać. Na innych oddziałach nie było źle, ale nigdzie nie było tak dobrze, jak u doktora Mariusza – przekonuje Marcin Maludziński.

Ranny leżał na oddziale zakażeń przez 11 tygodni.

W 2006 r. komisja lekarska stwierdziła, że żołnierz jest niezdolny do służby wojskowej. Gdy w 2011 r. weszły w życie – stworzone głównie z myślą o weteranach – przepisy o możliwości „służby z ograniczeniami”, znowu założył mundur. Jednak po jakimś czasie zrezygnował z powodów osobistych.

Oddział, na który ranni chcą trafiać

Od początku misji w Iraku i Afganistanie na Oddziale Zakażeń Narządu Ruchu przewinęło się dużo rannych żołnierzy. Niektórzy przebywali tam zaledwie kilka tygodni, inni – miesiące i przeszli wiele operacji. Dr Barański mówi, że wielu swoich pacjentów po prostu nie pamięta. Przez – liczący 29 łóżek – oddział trafia rocznie przeszło 800 chorych. Żołnierze stanowią zaledwie niecały procent pacjentów. Więc dobrze pamięta tylko te najtrudniejsze przypadki.

– Żołnierze dzwonią, przysyłają kartki świąteczne. To bardzo miłe. Szczególnie wzruszające było przyjęcie delegacji WIM w czasie ostatniego „Dnia Weterana” we Wrocławiu – wspomina doktor. Tam spotkał się m.in. z Marcinem Maludzińskim i Leszkiem Stępniem.

– Po wyjściu z WIM nie miałem głowy do tego, żeby podziękować człowiekowi, który uratował mi nogi. Mówiąc szczerze nawet nie zapamiętałem jak się nazywa. Chciałem go odnaleźć i podziękować, ale zawsze było coś pilniejsze. Dopiero w czasie przygotowań do „Dnia Weterana” usłyszałem nazwisko „Barański” i skojarzyłem. Więc doktorowi Mariuszowi podziękowałem dopiero po jedenastu latach – mówi Leszek major Stępień.

Jaka jest recepta na to, aby zdobyć taki szacunek u pacjentów?

– Trzeba pamiętać, że my służymy ludziom. W nazwie naszej profesji mamy „służbę zdrowia”. Niestety, niektórzy o tym zapominają. Tymczasem to my, medycy, jesteśmy dla pacjentów, a nie odwrotnie. To mi ustawia pewne priorytety – przekonuje doktor.

Dodaje, że trzeba pamiętać o specyfice pacjentów w mundurach. Na oddział trafiają ci, z którymi nie poradzono sobie w innych miejscach. Ich stan jest ciężki, rokowania różne.

– W jednym momencie ludziom, dla których sprawność fizyczna jest jednym z najważniejszych parametrów w życiu zawodowym, załamuje się świat. Często muszą zmieniać miejsce służby, a niekiedy – zawód. To wstrząs silniejszy, niż w przypadku cywili, dla których sprawność fizyczna nie jest aż tak istotna. Dlatego ranni otrzymują też opiekę psychologiczną. Często taki człowiek chce się wygadać, trzeba po prostu posłuchać, mieć czas dla pacjenta – wyjaśnia doktor.

Kolejna sprawa, to zasada, jaką kieruje się Mariusz Barański: nigdy nie rozmawia o kosztach leczenia: – Chory dostaje to, co powinien otrzymać na podstawie naszej wiedzy i możliwości. Nie brakuje nam środków, a jeśli brakuje możliwości – wspomagamy się specjalistami z innych ośrodków.

Ale – co doktor podkreśla – sukces w leczeniu to nie jest zasługa jednego oddziału, ale całego szpitala. Ciężko ranni trafiają najczęściej pod opiekę specjalistów z różnych klinik WIM. Ranni z zakażeniami trafiają zwykle z Kliniki Traumatologii.

– Jeśli chodzi o nasz oddział, to pacjenci też powinni pamiętać, że to nie ja sam się nimi wszystkimi opiekuję, ale kilkudziesięciu ludzi, którzy tu pracują. Jestem szefem, więc mnie najłatwiej zapamiętać, ale to wysiłek nas wszystkich – podkreśla dr Barański.

Na oddziale pracuje dwóch ortopedów, trzech chirurgów, jeden internista, ponad 20 pielęgniarek oraz ośmioro salowych i sanitariuszy.

Lekarze podkreślają, że specyfika pracy w takim miejscu niesie ryzyko dla własnego zdrowia.

– Jest mniejsze, niż na oddziałach zakaźnych wirusowych, przenoszących się drogą kropelkową. Ale ryzyko zakażeń bakteriologicznych jest duże. Można się zaciąć, ukłuć igłą, dotknąć „brudnej” klamki czy naczynia. Jednak rygorystyczne zachowanie zasad higieny powoduje, że nie zdarzają się nam zakażenia krzyżowe, między pacjentami – przekonuje dr Barański.

Przy okazji zwraca uwagę na plagę polskich szpitali – jednorazowe, foliowe nakładki na obuwie, które muszą zakładać ludzie przychodzący do chorych w wielu szpitalach. To fatalne rozwiązanie, bo wielu odwiedzających te ochraniacze zabiera do domu, żeby w czasie kolejnej wizyty nie płacić za następny komplet. Upychane w kieszeniach, torbach często sąsiadują z zakupami spożywczymi. Nieświadomi ludzie narażają się na choroby!

Na amputację zawsze jest czas

Nie jeden raz ranny przyjeżdżał z misji ze wskazaniem odjęcia kończyny, tymczasem w WIM ją leczono.

– Oczywiście prościej i taniej jest amputować i zaprotezować. Ale ja zawsze powtarzam: na amputację zawsze będzie czas, a najgorsza własna kończyna jest lepsza od najlepszej protezy. Jak rokowania są kiepskie, mówię „spróbujemy, jest ciężko, ale zobaczymy co będzie”, albo informuję pacjenta: „jest troszeczkę lepiej” lub „jest troszeczkę gorzej” albo „stoimy w miejscu”. Choć w pewnym momencie trzeba człowiekowi powiedzieć jak jest. Pacjent musi znać prawdę o swojej sytuacji, ale nie wolno chorego straszyć – przekonuje doktor.

O tragicznych zdarzeniach w Afganistanie medycy najczęściej dowiadują się z oficjalnych komunikatów MON. Potem szczegóły ustalają już własnymi kanałami. WIM jest połączony ze szpitalem w bazie w Ghazni łączem satelitarnym, umożliwiającym prowadzenie telekonferencji, przesyłanie dokumentacji medycznej, konsultacje medyczne.

– Transport rannych trwa nie szybciej niż dobę, więc mamy czas na zebranie informacji o stanie rannych. Przy ostatnim poważnym zdarzeniu, w którym rannych zostało kilku żołnierzy, w Ghazni służył dr Robert Brzozowski z naszego szpitala. Dokładnie wiedzieliśmy więc, jaki jest stan rannych. To bardzo ułatwia szybkie wdrożenie pomocy – relacjonuje doktor.

Mariusz Barański od 12 lat kieruje oddziałem. Podkreśla, że każdy kolejny rok uczy go pokory dla własnych umiejętności. Wraz z nabywaniem wiedzy i doświadczenia, większa jest bowiem świadomość odpowiedzialności za podejmowane decyzje.

A pacjenci widzą, że opiekują się nimi ludzie, dla których leczenie to nie tylko zawód, ale przede wszystkim powołanie.

– Nie wiem, czy można być zachwyconym pobytem w szpitalu? To chyba nie jest najlepsze określenie? Ale to właśnie czuliśmy z rodziną, gdy tam leżałem. Nie chciałbym już trafić do szpitala, ale gdyby się to przydarzyło, i gdybym mógł wybierać, gdzie mam leżeć – bez wahania wybrałbym oddział doktora Mariusza – kończy mł. chor. rez. Marcin Maludziński.

Jarosław Rybak

Czytaj na stronie internetowej Wojskowego Instytutu Medycznego