Celny opis rzeczywistości

Skuteczna kreacja przyszłości

  • Eksperyment „kobiety na pierwszą linię” nie udał się ani w GROM-ie, ani w Lublińcu. Udowodniły to m.in. misje w Iraku i Afganistanie. Porażka wynikała zarówno z przyczyn naturalnych (feminizm kończy się tam, gdzie kobieta musi przenieść kilka skrzynek amunicji na odległość kilkuset metrów), jak i z negatywnego nastawienia specjalsów-mężczyzn.

    Wielu żołnierzy płci męskiej nie dorosło do tego, aby współpracować z żołnierzami płci żeńskiej. Przykładem niech będzie niedawna odprawa wojskowych specjalistów od komunikacji społecznej. Po dotarciu na miejsce zakwaterowania, każda z uczestniczek odprawy znalazła w swoim pokoju piękny bukiet czerwonych róż, z odręcznym liścikiem od dowódcy garnizonu. Pokoje panów nie zawierały niczego, co wykraczałoby poza standardowe wyposażenie.

  • Było wzorcowo: cisza aż do konferencji prasowej, na której premier i minister spraw zagranicznych ogłosili, że marynarze porwani ze statku „Szafir” są wolni. Tym razem, na szczęście, udało się uniknąć medialnej wrzawy wokół dramatycznych wydarzeń, do jakich doszło 27 listopada u brzegów Nigerii.

  • Film „Karbala” skojarzył mi się amerykańską serią „The Delta Force” o najdzielniejszych z dzielnych, czyli komandosach z tytułowego oddziału. Pierwszy film nakręcono w kilka lat po tragicznej operacji Delty pod Teheranem. Podobno powstał ku pokrzepieniu amerykańskich serc. Oglądając filmy akcji opinia publiczna szybciej mogła strawić porażkę w Iranie. (…) To nic, że seria była totalną fikcją, nakręconą z absolutnym brakiem szacunku dla działań specjalnych. Ważne, że milionom widzów nazwa oddziału trwale zapadła w pamięć.

    Felieton ukazał się w numerze 11/2015 miesięcznika „Polska Zbrojna”.

  • Oficjalnie już dawno zakończyła się nasza misja pod Hindukuszem. Ale nadal operuje tam kilkudziesięciu żołnierzy Jednostki Wojskowej Komandosów. Ich główne zadanie to szkolenie sił afgańskich. Stacjonują w bazach w Kandaharze i Bagram. Formalnie tworzą Zespół Doradców Wojsk Specjalnych SOAT-50. To najciekawsza z ostatnich, oficjalnie potwierdzonych informacji o naszych specjalsach.

  • Wielu przeżyło przygodę życia. Tym większą, że zwycięzcom gratulował Zwierzchnik Sił Zbrojnych Prezydent Andrzej Duda, który niespodziewanie pojawił się na poligonie. Wcześniej ochotnicy musieli przebiec 25 kilometrów i pokonać serię wymyślnych przeszkód. Wszystko wzorowane było na pierwszych selekcjach do jednostki GROM. Organizatorami tej cyklicznej imprezy są żołnierze, którzy na początku lat 90-tych podobne testy przechodzili na poligonach w Polsce, w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Nawet miejsce jest symboliczne. Bieg przeprowadzono 5 września 2015 r., w Czerwonym Borze niedaleko Zambrowa, na dawnym poligonie jednostki GROM.
    Na uczestników czekały stawy, bagna, rowy melioracyjne, błoto, trzęsawiska, zarośla, przeszkody sztuczne i naturalne oraz elementy toru specjalnego, na którym zwykle ćwiczą komandosi. Zawodnicy musieli biec z plecakami, w mundurach lub kombinezonach ochronnych, w butach ponad kostkę.

  • Ochotnicy biegnący w parach muszą pokonać serię wymyślnych przeszkód rozciagniętych na dystansie 25 kilometrów. Wszystko wzorowane będzie na pierwszych selekcjach do jednostki GROM. Organizatorami GROM CHALLENGE są oficerowie, którzy na początku lat dziewięćdziesiątych podobne testy przechodzili na poligonach w Polsce, tajnych ośrodkach szkoleniowych w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.
    Byli żołnierze jednostki GROM zapraszają dziennikarzy do relacjonowania tego wyjątkowego przedsięwzięcia!

  • Ochotnicy będą musieli przebiec kilkanaście kilometrów i pokonać serię wymyślnych przeszkód. Wszystko wzorowane jest na pierwszych selekcjach do jednostki GROM. Organizatorami są oficerowie, którzy na początku lat dziewięćdziesiątych podobne testy przechodzili na poligonach w Polsce, tajnych ośrodkach szkoleniowych w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Nawet miejsce organizacji imprezy jest symboliczne. Bieg odbędzie się 5 września 2015 roku, w Czerwonym Borze niedaleko Zambrowa, na dawnym poligonie jednostki GROM. Na uczestników czekają stawy, bagna, rowy melioracyjne, błoto, trzęsawiska, zarośla, przeszkody sztuczne i naturalne oraz elementy toru specjalnego, na którym zwykle ćwiczą komandosi. Zawodnicy muszą biec z plecakami, w mundurach lub kombinezonach ochronnych, w butach ponad kostkę.

  • Był jednym z 316 Cichociemnych – skoczków spadochronowych AK. Za męstwo czterokrotnie dostał Krzyż walecznych. W 1947 r., ścigany przez bezpiekę, musiał uciekać z ojczyzny, z czasem osiedlił się w Australii. W 2006 r. chciał odzyskać dokumenty poświadczające, że jest Polakiem. Niestety, urzędnicy w Warszawie potraktowali go jak starego dziwaka. Sprawę udało się załatwić tylko dlatego, że nagłośniła ją gazeta.
    Przed dziewięciu laty, pod koniec maja 2006 r. miałem zaszczyt pomóc kpt. Zdzisławowi Straszyńskiemu ps. „Meteor” – bo o nim jest ta historia – w odzyskaniu polskiego paszportu. Z jednej strony byłem dumny, bo udało się pomóc bohaterowi. Z drugiej – przygnębiające były wnioski z tego, jak urzędnicy traktują tych, którzy walczyli o wolną Polskę.

  • Wczoraj do kin wszedł „Snajper” – film oparty na biografii Chrisa Kyle`a. W lipcu 2012 r. miałem okazję poznać Chrisa. Na zlecenie wydawnictwa ZNAK, które wprowadziło na polski rynek „Cel snajpera. Opowieść najbardziej niebezpiecznego snajpera w dziejach amerykańskiej armii”, zorganizowałem promocję tej książki. Na poligonie w podwarszawskim Rembertowie Chris i Taya Kyle spotkali się z komandosami z GROM-u oraz grupą dziennikarzy.

    W czasie tego spotkania wymieniliśmy się z Chrisem książkami. Na trzech „Celach snajpera” Chris złożył autografy. Egzemplarz „Dla Jarka” zostawiam na pamiątkę. Natomiast kolejną książkę z wpisem najsłynniejszego snajpera w najbliższych dniach wystawię na aukcję. Pozyskane pieniądze w całości przekażę na terapię zajęciową weteranów leczących się w Klinice Psychiatrii i Stresu Bojowego Wojskowego Instytutu Medycznego. Chris Kyle zginął w czasie prowadzenia terapii zajęciowej dla amerykańskich żołnierzy cierniących na PTDS. Niech więc pieniądze zebrane z licytacji jego książki pomogą w leczeniu naszych weteranów. Szczegóły już niedługo!

  • Przez lata Cichociemni – skoczkowie spadochronowi Armii Krajowej, spotykali się w połowie lutego, z okazji rocznicy pierwszego skoku do kraju. Scenariusz zwykle był podobny: składano kwiaty pod pomnikiem na warszawskich Powązkach, modlono się w czasie mszy św. w kościele św. Jacka przy ul. Freta (gdzie znajduje się tablica poświęcona Cichociemnym), a po niej spotykano w refektarzu tego kościoła. W połowie i pod koniec lat osiemdziesiątych, kilka razy miałem okazję uczestniczyć w tych uroczystościach.

    W połowie lat osiemdziesiątych zacząłem prowadzić drużynę harcerską. Zafascynowany historią, chciałem żeby nosiła imię Cichociemnych. Po długich staraniach nawiązaliśmy kontakt z Kołem Historycznym Cichociemnych. Moi harcerze przeczytali praktycznie wszystkie, dostępne wtedy, książki na ich temat. Kilka razy jeździliśmy na zjazdy Cichociemnych. Były to poważne wyprawy, przez połowę Polski.

    Patrząc z dzisiejszej perspektywy widzę, że wtedy trudniej było drużynie harcerskiej, złożonej z kilkunastu nastolatków otrzymać przyzwolenie na noszenie imienia wymarzonego patrona, niż obecnie przejąć tradycje historycznej formacji przez współczesną jednostkę Wojska Polskiego.