Więcej zadań związanych z obroną własnego terytorium zajętego przez przeciwnika. Taki ma być jeden z kierunków nowych aktywności Wojsk Specjalnych. Od jakiegoś czasu wskazuje go gen. Stanisław Koziej szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. To trochę powrót do przeszłości, ale w zupełnie nowej odsłonie. Przed laty specjalsi ćwiczyli już coś podobnego. Ale tamte zadania odeszły w przeszłość wraz z wejściem Polski do NATO. Wtedy spora część naszych polityków, a wraz z nimi opinia publiczna, nabrała głębokiej wiary, że najskuteczniejszą gwarancją bezpieczeństwa jest art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego.

Bez większych problemów znajdziemy sporo cytatów Szefa BBN potwierdzających tę tezę. Przykładem może być moja rozmowa z Ministrem: „Dzisiaj stoimy przed potrzebą poszerzenia tych zadań (…). Jednym ze szczególnie ważnych wyzwań jest np. zwiększenie strategicznej odporności kraju na ewentualną agresję zbrojną. Musimy przygotować scenariusze na wypadek działania na terenie własnym, zajętym przez przeciwnika. Wojska Specjalne wspólnie ze służbami specjalnymi muszą mieć nowe zadania, związane z organizowaniem ruchu oporu i profesjonalnych działań nieregularnych oraz dywersyjnych w takich sytuacjach.

Ponieważ te zapowiedzi budzą sporo emocji, m.in. osób dyskutujących na forach internetowych, warto więc obrazowo powiedzieć o co chodzi? Oczywiście zadania, wynikające ze zmienionej sytuacji bezpieczeństwa w naszej części Europy, nie będą dotyczyły wyłącznie sił specjalnych. Można się nawet pokusić o obrazowe porównanie: jak w czasie przygotowań do każdej wojny, role zostaną podzielone między różne rodzaje sił zbrojnych oraz inne służby mundurowe. Aby osiągać cele, wszystkie muszą zostać spięte w system. Pewną (choć bardzo odległą) analogią może tu być Afganistan. Tam zadania sił specjalnych i regularnych nie prowadziły do konkurencji, ale wzajemnego uzupełniania się i uzyskania efektu synergii.

??????????

Częściej, niż przed laty, specjalsi przeniosą cele z poligonów i leśnych ostępów na tereny zurbanizowane.

Wróćmy na nasz grunt. Powierzenie specjalsom nowych zadań to trochę powrót do przeszłości, ale w zupełnie nowej odsłonie. W latach dziewięćdziesiątych, po rozpadzie Układu Warszawskiego i wynikających z tego zmianach w sytuacji geopolitycznej, w Polsce opracowano doktrynę obronną zakładającą samodzielność strategiczną. Zakładano wtedy, że terytorium kraju może zostać zajęte przez przeciwnika, a struktury państwa i wojsko powinny zejść do konspiracji.

Wymiernym efektem tej doktryny była likwidacja wszystkich pododdziałów specjalnych WP i utworzenie w ich miejsce jednej dużej jednostki – 1 Pułku Specjalnego w Lublińcu. W jego strukturach powstały 1 i 2 batalion specjalny oraz 3 batalion dywersyjno-rozpoznawczy. Żołnierze tego ostatniego pododdziału przygotowywali się do działania na terenie kraju.

Już przed laty (nawet na długo przed likwidacją pododdziałów specjalnych WP) komandosi prowadzili tzw. ćwiczenia przygodowe. Do historii przeszły duże manewry o kryptonimach „Kaskady” czy „Basior”. Zadania te odeszły w przeszłość wraz z wejściem Polski w struktury Paktu Północnoatlantyckiego. Wtedy spora część naszych polityków, a wraz z nimi opinia publiczna, nabrała głębokiej wiary, że gwarancją bezpieczeństwa jest art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego.

Jak będą wyglądały ćwiczenia przygodowe nowej generacji? Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że znowu żołnierze zaczną – pod różnymi, głównie „cywilnymi przykrywkami” – potajemnie operować we wskazanych rejonach. Sztabowcy zaplanują rozpoznanie, niszczenie lub – odwrotnie – ochronę wybranych obiektów oraz zwalczanie grup dywersyjno-rozpoznawczych (GDR) przeciwnika.

??????????

Powierzenie specjalsom nowych zadań to trochę powrót do przeszłości, ale w zupełnie nowej odsłonie.

Między bajki można włożyć opinie zwolenników obrony terytorialnej, że to właśnie takie formacje samodzielnie poradzą sobie z likwidacją dobrze wyposażonych i wyszkolonych specjalsów przeciwnika. Do ich zwalczania niezbędni będą żołnierze dysponujący podobnym potencjałem i doświadczeniem. Oczywiście rola oddziałów obrony terytorialnej, formacji paramilitarnych i policyjnych będzie olbrzymia. Ale należy wątpić, że do zadań związanych z fizyczną likwidacją GDR, rozsądni decydenci w pierwszej kolejności będą kierowali członków np. jednostek obrony terytorialnej.

Jeśli o takich ćwiczeniach usłyszymy, to najprawdopodobniej nie z oficjalnych komunikatów. Źródłem będą doniesienia mediów np. o „tajemniczych lądowaniach śmigłowca w nocy” czy „dziwnej interwencji funkcjonariuszy, której policja nie chce potwierdzić”.

W porównaniu ze swoimi poprzednikami, współcześni specjalsi mniej będą korzystać z pomysłów rodem z manewrów harcerskich. Częściej, niż przed laty, przeniosą cele z poligonów i leśnych ostępów na tereny zurbanizowane. Realizacja nowych zadań wymusi nawiązanie ścisłej współpracy specsił i spessłużb.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa trzeba przyjąć, że sztabowcy już piszą scenariusze współczesnych „Kaskad” i „Basiorów”.

Na czym takie, prowadzone przed kilkoma dekadami, ćwiczenia polegały? Poniżej zamieszczam fragment rozdziału z e-booka „LUBLINIEC.PL Cicho i skutecznie. Tajemnice najstarszej jednostki specjalnej Wojska Polskiego”.

Las 4

Grupa (teraz: sekcja) specjalna w czasie działań.

Bieszczadzki „Basior 97”

W 1997 r. Zespół Dowodzenia Działaniami Specjalnymi (ZDDS) 1 Pułku Specjalnego z rozmachem przystąpił do przygotowania ćwiczenia „Basior 97”.

– Zespół pracę w połowie marca 1997 r. Robiliśmy to z moim zastępcą, mjr. Jarosławem Studniarzem. Planowanie trwało do końca kwietnia – wspomina ppłk Roman Syczewski, szef Zespołu.

Scenariusz „Basiora-97” zakładał, że za naszą wschodnią granicą władzę przejęli „Czerwoni”, którzy chcą odbudować utraconą pozycję mocarstwa.

Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Pod pozorem ćwiczeń „Czerwoni” zgromadzili przy granicy z „Niebieskimi” zgrupowanie uderzeniowe. Przewidywano, że atak nastąpi w ciągu kilku dni. Prawdopodobnie przeciwnik ruszy w kierunku Przemyśla i Tarnobrzegu. Jego celem będzie opanowanie części terytorium „Niebieskich” do linii Tomaszów Lubelski – Biłgoraj – Tarnobrzeg.

Aby zażegnać widmo wojny, od dłuższego czasu „Niebiescy” podejmowali działania dyplomatyczne. Jednocześnie zarządzili mobilizację jednostek wojskowych.

Zarząd Rozpoznania i Walki Radioelektronicznej skupił się na rozpoznaniu przeciwnika w strefie przygranicznej. Grupy specjalne miały m.in. dezorganizować działania „Czerwonych” oraz stworzyć dogodne warunki do natarcia własnych wojsk.

1 Pułk Specjalny otrzymał zadanie przerzutu w ten rejon dziesięciu grup specjalnych.

Wrzesien 96 Orzysz 1

Żołnierze biegną do śmigłowca, który przetransportuje ich w rejon następnych działań. Ćwiczenia na poligonie w Orzyszu (wrzesień 1996 r.).

W terenie specjasów ścigali żandarmi oraz Nadwiślańczycy. Ale komandosi musieli też unikać sokistów, policjantów, pograniczników, ochroniarzy ze Straży Przemysłowej, a także pozorantów z 2 Kompanii Specjalnej z Lublińca.

Na początku maja 1997 r. dowódcy dziesięciu grup specjalnych zostali wstępnie zapoznani ze scenariuszem i terenem przyszłej operacji. Ponieważ komandosi mieli działać w ubraniach cywilnych, dostali rozkaz „wizualnego dostosowania się specyfiki przedsięwzięcia”.

– Nie musieliśmy się golić, strzyc, należało załatwić sobie ubrania cywilne oraz ustalić „przykrywkę”, pod jaką będziemy działać. Pozostali żołnierze próbowali wypytywać o co chodzi? Widok kilkudziesięciu coraz bardziej zarośniętych kolegów intrygował – wspomina podoficer.

Do pracy przystąpiły też sekcje zabezpieczające. – Odpowiedzialnym za łączność w terenie był chor. Piotr Żółkiewski, za środki transportu chor. Paweł Różański. Stanowisko dowodzenia w Sanoku zabezpieczała kompania specjalna dowodzona przez kpt. Arkadiusza Drozdka, wspieranego przez szefa tej kompanii chor. Marka Polańskiego. W ćwiczeniu uczestniczył zastępca dowódcy 1 batalionu specjalnego por. Marian Paraniak, a wtedy tym pododdziałem w Lublińcu dowodził kpt. Jacek Pięta – wylicza ppłk Syczewski.

Wrzesien 96 Orzysz 3

Desant ze śmigłowca w terenie przygodnym. Ćwiczenia na poligonie w Orzyszu (wrzesień 1996 r.).

Bieszczadzkie ostępy to rejon niebezpieczny. Dlatego dowódcy grup oraz ich zastępcy dostali broń i ostrą amunicję. Dzikich zwierząt, szczególnie niedźwiedzi, obawiano się nie mniej niż bandytów. Dla tych ostatnich łakomym kąskiem mogła okazać się broń i wyposażenie komandosów.

21 czerwca o godz. 6 w pułku ogłoszono alarm.

– Ustawieni na zbiórce nie wyglądali na żołnierzy. Mieli dłuższe włosy, brody, cywilne ubrania. Dość ciekawie prezentowała się grupa dowodzona przez ppor. „Mirasa”. Ubrani w harcerskie mundurki, z gitarami, zmienili się w obóz wędrowny – opowiada R. Syczewski.

Wszystkim odebrano dokumenty osobiste oraz pieniądze. W zamian dostali oprawione w folię zaświadczenia o udziale w ćwiczeniach.

Każdy wyfasował racje żywnościowe na cały czas trwania zajęć. Sekcje zabezpieczające pobrały z magazynów broń i wyposażenie. Komandosi mieli to dostać dopiero w punktach kontaktowych.

W rejon Sanoka pięć grup miało dotrzeć pod przykrywką turystów, czyli koleją i autobusami. Ale nie z kierunku zachodniego – bo tam działający po cywilnemu żandarmi byli szczególnie uczuleni na młodych mężczyzn, tylko od północy lub wschodu. Po dotarciu w rejon manewrów, mieli przygotować lądowiska dla śmigłowców, którymi przerzucona zostanie reszta. W Bieszczadach grupy miały operować w parach, tworząc pięć zespołów.

Pogoda pokrzyżowała jednak te plany, dlatego w góry wszyscy przyjechali „na kołach”. Już w okolicach Krakowa pojawił się problem, na środku drogi stanęła ciężarówka wioząca 3 Zespół Grup Specjalnych. Żołnierze musieli przesiąść się do pociągów.

Nawiazywanie lacznosci

Grupa specjalna nawiązuje łączność w czasie ćwiczenia przygodowego. Bemowo Piskie (wrzesień 1996 r.).

Z meldunków wynikało, że grupy przystąpiły do wykonywania zadań.

Nie próżnował też „przeciwnik”. Żołnierze miejscowej Żandarmerii Wojskowej i NJW doskonale znali Bieszczady. Mieli więc ułatwione zadanie.

– Bardzo nas zaskoczyli Nadwiślańczycy. Nie wiedzieliśmy, że utworzyli konny pododdział manewrowy. Samochody ciężarowe przewoziły żołnierzy i konie. Gdy dostali informację o podejrzanie wyglądających turystach, natychmiast jechali w tę okolicę i przeczesywali teren. Wspierała ich żandarmeria, ściśle współpracująca z miejscowymi komendami policji – opowiada uczestnik ćwiczenia.

3 Zespół Grup Specjalnych miał przejąć broń i wyposażenie w leśniczówce Malinka, położonej niedaleko Zagórza. Jednak chcąc zwiększyć realizm, organizatorzy ćwiczenia „spalili” ten punkt kontaktowy.

Gdy więc o ustalonej godzinie do leśniczówki podszedł młody mężczyzna, zaczajeni żandarmi natychmiast go schwytali. Nawet nie zdążył powiedzieć hasła: „Czy w tym lesie są wilki?”. Nie stracił jednak zimnej krwi i z kieszeni wyciągnął książeczkę wojskową. Tam wyraźnie napisano, że służbę wojskową skończył przed rokiem. Pobyt w okolicy tłumaczył zaś wędrówką po Bieszczadach. Żandarmi musieli go puścić.

– Ten żołnierz pożyczył dokumenty od swojego brata bliźniaka, który już zaliczył wojsko – wyjaśnia oficer.

Uwolniony natychmiast zaalarmował dowódcę o wsypie. Grupa ruszyła więc do Sanoka, gdzie przy ul. Dworcowej przygotowano zapasowy punkt kontaktowy. Gdy gospodarz usłyszał hasło, szybko oddał zdeponowane pakunki.

BDRozp 1

Komandosi z batalionu dywersyjno-rozpoznawczego 1 Pułku Specjalnego w terenie (kwiecień 1996 r.).

W okolicy wioski Temeszów ukryto sprzęt dla 2 Zespołu Grup Specjalnych (ZGS). Na miejsce spotkania z agentem wyznaczono polną kapliczkę. Usłyszawszy hasło: „Czy przejadę samochodem przez prom w Mrzygłodzie”, nieznany mężczyzna w ciemnych okularach i aparatem Zenit na szyi, powinien odpowiedzieć: „Bez problemu, ponieważ jest tam most stalowy.”

Żandarmi naszpikowali jednak okolicę posterunkami.

Komandosi mieli do wykonania różne zadania. 1 Zespół dostał rozkaz rozpoznania m.in. kopalni ropy naftowej Turze Pole, system jej ochrony oraz miejsce, do którego przesyłany jest wydobyty surowiec. Kolejny dotyczył rozpoznania miejsca, w którym znajduje się jeden z magazynów ropy. Należało też ustalić, ile jej tam jest i jak najłatwiej zniszczyć obiekt.

Natomiast 2 ZGS lokalizował najlepsze miejsca na przeprawy przez rzekę San na północ od Sanoka, między miejscowościami Mrzygłód i Krzemienna. – Mieliśmy ustalić liczbę mostów i promów oraz rozpoznać i zniszczyć przeprawę promową w Krzemiennej – wspomina komandos.

Kolejny zespół sprawdzał, gdzie w Sanoku są zakłady „Autosan”, co się w nich produkuje, jak są chronione? Po wykonaniu tego zadania żołnierze przeniknęli do pobliskiej wioski Trepcza, rozpoznali i zniszczyli drewniany most na Sanoczku, lewobrzeżnym dopływie Sanu.

Las 1

Przenikanie w terenie zajętym przez przeciwnika.

Grupy operujące w ramach 4 Zespołu ustalały zaś, gdzie między miejscowościami Komańcza i Kulaszne są mosty drogowe i kolejowe.

– Ten zespół dostał też polecenie odnalezienia i ewakuacji dwóch lotników, ukrywających się w pobliżu – opowiada podoficer.

Dwie ostatnie grupy skupiły się na ustaleniu liczby szybów w kopalni ropy Brylików, systemu ochrony tego obiektu oraz magazynu, do którego trafiała ropa naftowa.

– Oni dostali też nietypowe zadanie. Mieli po cichu „zaopiekować się” kopalnią Łodyna i przez dobę nie dopuścić do zniszczenia tego zakładu przez dywersantów – kontynuuje podoficer.

Manewry zakończono 27 czerwca o godz. 18. – Nasze grupy dobrze się spisały. Miałem dużą satysfakcję. Ćwiczenie zyskało uznanie u przełożonych oraz u ćwiczących żołnierzy – podkreśla Roman Syczewski.

Styczen 98

Desant ze śmigłowca Mi-8. W tym dużym ćwiczeniu przygodowym, przeprowadzonym w styczniu 1998 r., brały udział 24 grupy (sekcje) specjalne z 1 Pułku Specjalnego.