Określenie „Formoza” wymyślił oficer marynarki o nazwisku Smoliński. W ten sposób ochrzcił starą, poniemiecką torpedownię. Dopiero z czasem przylgnęło do morskiej jednostki specjalnej. 13 listopada 1975 r. w Marynarce Wojennej powołano do życia Wydział Działań Specjalnych – czyli dzisiejszą Formozę. Przed kilkunastu laty o początkach oddziału rozmawiałem z jego pomysłodawcą i pierwszym dowódcą – kmdr. dypl. w st. spocz. Józefem Rembiszem.

Kmdr Józef Rembisz nie doczekał, obchodzonej w roku 2020, 45. rocznicy powstania specjednostki, zmarł przed kilkoma miesiącami – 5 czerwca. Jego wspomnienia opublikowałem w wydanej w 2003 r. książce „Komandosi. Jednostki specjalne Wojska Polskiego”.

Oto fragmenty tej opowieści

Pierwszy dowódca „Formozy”, kmdr dypl. w st. spocz. Józef Rembisz przekonuje, że ze współpracownikami sami wypracowali zasady działania jednostki specjalnej płetwonurków morskich. Korzystali z raportów wywiadu, a nawet książek o II wojnie światowej. A wszystko odbywało się w ścisłej tajemnicy.

Gdynia – Oksywie 1952 r. ówczesny ppor. mar. Józef Rembisz (w środku), a w tle obiekty Formozy. Fot. Z archiwum kmdr. Józefa Rembisza.

– Jeden z marynarzy był najlepszy na kursie koreańskiej sztuki walki Kyok-Sul, przeznaczonym dla jednostek specjalnych. Do dowództwa Marynarki Wojennej przyszła nagroda pieniężna. Ale odesłano ją, twierdząc, że nie ma takiego marynarza. Tak byliśmy zakonspirowani – uśmiecha się kmdr Rembisz, od 1975 r. do 1982 r. dowódca „Formozy”. W MW od 1948 r. Przez lata zajmował się szkoleniem i współpracą Marynarki z siłami lądowymi.

Długie przygotowania

Prace nad morską formacją specjalną trwały kilka lat. W 1974 r. powstał Zespół Badawczy ds. Płetwonurków Morskich. – Mieliśmy opracować koncepcję organizacji i formowania dywizjonu specjalnego płetwonurków morskich. To trwało rok. Koncepcja zakładała tworzenie jednostki w kilku etapach. Docelowo miała się składać z trzech sekcji płetwonurków bojowych, sekcji technicznej i kierownictwa – wspomina J. Rembisz. Koncepcja nie przewidywała walki bezpośredniej, ani nawet wyjścia na brzeg. Chyba, że w czasie ewakuacji.

Skąd wzięła się nazwa Formoza?

To popularna nazwa niemieckich konstrukcji z czasów II wojny światowej, wybudowanych m. in. do testowania torped. Budynki stoją w wodzie, ze stałym lądem łączy je tylko pomost.

W PRL szkolono tam marynarzy z Marynarki Wojennej Libii. – Przez 3 lata w Gdyni przeszkolono jakichś 50 – 100 ludzi. Potem, na czas egzaminów wstępnych do Akademii Marynarki Wojennej, kwaterowano tam po kilkuset kandydatów na podchorążych. To był okres, gdy Chiny walczyły z Formozą, czyli dzisiejszym Tajwanem. Autorem nazwy jest najprawdopodobniej niejaki Smoliński, późniejszy oficer Marynarki Wojennej. Nie pamiętam jego imienia. W pierwszych latach istnienia oddziału nie mogliśmy używać nazwy jednostki, więc przyjęła się „Formoza” – wspominał kmdr Józef Rembisz.

Formalności

Podstawową sprawą była zmiana regulaminów. Wcześniej płetwonurek nie mógł zejść pod wodę bez linki asekuracyjnej. Przepis udało się wyeliminować. Asekurację przejął drugi płetwonurek. – Dlatego podstawowym zespołem jest para. Trzy tworzą grupę specjalną. Pięć grup – sekcję – wyjaśnia pierwszy dowódca. Samodzielnie dostosowali aparaty tlenowe i kombinezony. Politechnika Gdańska przygotowywała dla nich hydrolokator „Wodnik”, Stocznia i Akademia MW pracowały nad pojazdem podwodnym. Ale naukowcy „nie czuli klimatu”. Politechnika Warszawska skonstruowała minę przyklejaną do kadłuba okrętu dwuskładnikowym klejem. Komponenty łączyło się poprzez zmielenie w maszynce do mięsa. Ale jak to zrobić pod wodą?

W wielu wypadkach komandosi skazani więc byli na własną fantazję. Do końcówki zwykłej wędki teleskopowej mocowali hak. Zaczepiano go o burtę, do niego mocowano drabinkę sznurową.

13 listopada 1975 r.

13 listopada 1975 r. powstał Wydział Działań Specjalnych, bardziej znany jako Wydział Płetwonurków. – Dowódcy wybili nam z głów jednostkę zawodową. Udało się wywalczyć, żeby tylko w połowie składała się z żołnierzy służby zasadniczej. Dziś jest w pełni zawodowa, ale zachowano nasz trzyletni system szkolenia. Np. w pierwszym roku trenowaliśmy głównie strzelanie, pływanie na duże odległości, język obcy i prowadzenie pojazdów. Mieliśmy też praktyki na okrętach – mówi J. Rembisz.

We wrześniu 1987 r. jednostka zmieniła nazwę na Wydział Działań Specjalnych. W 1990 r. WDSpec. rozformowano, na jego bazie tworząc Grupy Specjalne Płetwonurków.

– Kiedyś grupa opanowała trzy kutry rakietowe, stojące w zgrupowaniu okrętów uderzeniowych naszej floty. Rozjemca opowiadał mi później, że jeszcze nikt w życiu go tak nie wystraszył! Czarna zjawa wyłoniła się z mroku i szybko go obezwładniła. Każdy kuter miał cztery rakiety. Mogli więc zniszczyć sporo okrętów „przeciwnika”! – kończy opowieść Józef Rembisz.

Epizod afgański

Przez dekady Formoza była najmniej znaną polską formacją specjalną. Między 2001 a 2002 r. jej żołnierze operujący w Zatoce Perskiej kontrowali przestrzeganie embarga nałożonego przez ONZ na Irak. Wtedy też brali udział w operacji „Trwała Wolność”. W ramach operacji antyterrorystycznej koalicji międzynarodowej w Afganistanie, chronili okręt wsparcia logistycznego ORP „Kontradmirał Xawery Czernicki”.

W samym Afganistanie pierwszy raz pojawili się w lipcu 2008 r. w ramach Task Force-49. Dowódcą TF-49 został płk Sławomir Berdychowski (1968 – 2016). O służbie Formozy w Afganistanie opowiadał w książce „LUBLINIEC.PL Cicho i skutecznie. Tajemnice najstarszej jednostki specjalnej Wojska Polskiego.

Pierwszy – i ostatni – raz przygotowano wtedy zespół składający się z żołnierzy z trzech jednostek. Pierwsza, ok. 20-osobowa grupa specjalna pochodziła z GROM-u, druga – tej samej wielkości – z Lublińca, trzecia była mieszana, część żołnierzy służyła w Lublińcu, a dziewięciu w Formozie.

Żołnierze ze wszystkich jednostek od początku uważali, że „wymieszanie ekip” to zły pomysł. Zamiast podzielić zadania, doprowadzono do niepotrzebnej konkurencji i próby udowadniania, kto jest lepszy.

– Żołnierze wojsk specjalnych to nie kółko literackie. Mają silne charaktery, wysoką samoocenę, są bardzo bezpośredni w wypowiadaniu opinii. To musi prowadzić do iskrzenia. Ale kiedyś na własne oczy przekonałem się, jak ostro nawzajem oceniają się żołnierze dwóch brytyjskich, wiodących jednostek specjalnych. Słyszałem, że podobnie bywa wśród Amerykanów. Więc także i u nas spodziewałem się, że współpraca może być szorstka. Niekiedy tak było, ale jakoś sobie z tym radziliśmy – przekonywał płk Sławomir Berdychowski.