Dziś ujawniam fragmencik książki. Cała została utrzymana w podobnym klimacie. Mam nadzieję, że się Wam spodoba 😉

„Dla cywila wybuch granatu hukowego jest jak małe trzęsienie ziemi. Podłoga drży, ściany jakby miały się za moment zawalić. Na kilka sekund oszałamia każdego, kto jest w środku. Ale samobójcy, obwieszeni materiałem wybuchowym, byli szkoleni, żeby radzić sobie z takimi eksplozjami…

Gdy tylko ucichł huk kolejnego wybuchu, powietrze przeszył przeraźliwy wrzask: „Allah Akbar!”. Długowłosy, niezbyt wysoki mężczyzna z drobnym wąsem pod nosem wyskoczył na korytarz. Wcześniej nie strzelał, przyczaił się i chciał jak najbliżej dopuścić nacierających. Biegł bez broni. W lewej dłoni trzymał mały, czarny telefon komórkowy. Spod rozpiętej bluzy amerykańskiego munduru wystawała wypełniona żółtawymi kostkami plastiku płócienna kamizelka samobójcy.

Napastnik nie zrobił nawet kilku kroków. Nasi odpowiedzieli ogniem. Z precyzyjnie wymierzonych karabinków posypały się kule. Afgańczycy strzelali z Kałasznikowów. Pociski kalibru 7,62 milimetra mają zdecydowanie większą moc obalającą od tych kalibru 5,56, używanych w NATO. Dlatego te pierwsze serie spowodowały, że faceta dosłownie odrzuciło.

Mężczyzna upadł na podłogę. Nie mógł przeżyć tej kanonady. Z rozwartej dłoni wypadł telefon. Specjalsi idący na przedzie zauważyli, że ekran jest podświetlony, a włączona komórka nawiązuje połączenie.

Gwałtowne: „Out… Out… Out…” rozległo się na korytarzu. Wąż sunący przy obu ścianach błyskawicznie zaczął się cofać do najbliższych pomieszczeń.

– Każdy z nas wiedział, że telefon komórkowy może być inicjatorem wybuchu. A facet za moment eksploduje. W kamizelce było kilka kilogramów materiałów wybuchowych, metalowych kulek, śrub i innego drobnego żelastwa. Nawet gdybyśmy ukryli się przed odłamkami, w betonowym budynku mogło nas skasować ciśnienie fali uderzeniowej wybuchu – mówi „Suchy”.

Minęło kilka sekund. Do eksplozji nie doszło. Nie było czasu na wahanie. Kolejny talib obwieszony materiałem wybuchowym mógł czaić się w pobliżu. Ruszyli do przodu. Musieli stawić czoła niebezpieczeństwu, z jakim wcześniej nie spotkał się żaden polski żołnierz.

Mieli uwolnić zakładników pojmanych przez terrorystów samobójców. Później Afgańczycy nadali tej operacji kryptonim „Sledgehammer”.”