Mój ostatni felieton w „Polsce Zbrojnej” omówiono w branżowym portalu PRoto: „Były rzecznik MON o tym, jak udało się poprawić wizerunek Rosomaka
Były rzecznik prasowy MON Jarosław Rybak wspomina na łamach Polski Zbrojnej o złej prasie, jaką cieszył się na początku Rosomak. Jak dodaje niewiele brakowało, aby próba poprawy opinii o tym transporterze zakończyła się spektakularną wpadką.”


Zielone Diabły, miesięcznik „Polska Zbrojna”, nr 6 / 2014”:

Zielone_Diably_PZ
„Historia rosomaków pokazuje, że bez dobrego wizerunku jakość może niewiele znaczyć”

Rosomak – jeden z symboli naszej misji w Afganistanie, duma polskiej zbrojeniówki, potencjalny hit eksportowy. Doskonałe opinie o nim to efekt pracy konstruktorów, producentów i użytkowników, a także działań PR podjętych w Ministerstwie Obrony Narodowej. Historia transportera pokazuje, że jakość bez dobrego wizerunku może niewiele znaczyć. Uczy, że jeśli zawiedzie drobny trybik, to działania nastawione na sukces bardzo szybko doprowadzą do kryzysu.

„Dzieciństwo” rosomaka w naszej armii było trudne i wynikało w dużej mierze z czarnego PR. Powszechnie mówiło się o słabym pancerzu transportera. Jeden z tygodników nazwał go nawet jeżdżącą trumną. Wizerunkowo sytuacja była kryzysowa, tymczasem pojazd miał trafić do Afganistanu. Dowódca wojsk lądowych przekonywał, że to całe zamieszanie „ma naturę lobbystyczno-poli- tyczną, a armia nie zgłasza do rosomaka zastrzeżeń”. Należało więc uspokoić opinię publiczną, przede wszystkim rodziny żołnierzy ruszających na misje.

W tym czasie miałem przyjemność zajmować się komunikacją społeczną w MON. Przygotowaliśmy cykl działań skierowanych do różnych grup odbiorców. Postanowiłem, że uwieńczeniem kampanii informacyjnej będzie przedsięwzięcie dla dziennikarzy. Najskuteczniejszy sposób na przekonanie mediów – a za ich pośrednictwem opinii publicznej – to zaproszenie na testy poligonowe. Trwały wtedy, objęte klauzulą tajności, próby balistyczne. Dopuszczenie obserwatorów wymagało otrzymania przez nich imiennych zgód od dowódcy wojsk lądowych, szefa Służ- by Kontrwywiadu Wojskowego i ministra obrony narodowej. Wytypowaliśmy i poddaliśmy tej procedurze kilkunastu ludzi z telewizji, agencji prasowych, radia i gazet. Sporo ryzykowaliśmy. Nie było bowiem pewności, czy wszyscy dziennikarze dostosują się do obostrzeń: zobaczą próby, ale nie opiszą szczegółów. Przede wszystkim nie mieliśmy pewności, czy rosomak wytrzyma ostrzał. Kalkulując ryzyko, zdecydowaliśmy jednak, że warto podjąć wyzwanie.

26 kwietnia 2007 roku, po długiej nocnej jeździe, autobus z dziennikarzami dotarł na poligon. Wtedy wszystko zawisło na włosku. Dowodzący strzelaniami stwierdził, że nie konsultowano z nim pomysłu i… nie wpuścił nikogo za bramę. Przedsięwzięcie, które miało przynieść wizerunkowy sukces, z minuty na minutę stawało się gwoździem dobijającym „jeżdżącą trumnę”. Próby rozmowy z oficerem przypominały dyskusję ze ścianą. Zirytowani dziennikarze byli przekonani, że coś się stało. Zaczęli przygotowywać newsy na temat tajemniczego problemu z rosomakiem. Dopiero po dłuższym czasie udało się nawiązać kontakt z dowódcą wojsk lądowych. Wystarczył jeden jego telefon i bramy poligonu błyskawicznie się otworzyły. Dziennikarze na własne oczy obserwowali próby balistyczne. Na końcu ostrzelany pojazd samodzielnie dojechał do przedstawicieli mediów. Od tego dnia przestały się pojawiać materiały o „jeżdżących trumnach”. Po jakimś czasie reporter nadający z Afganistanu nazwał rosomaki zielonymi diabłami. I tak już zostało.

Przeczytaj informację portalu PRoto