Monika Konior

Tej pracy zwykle nie widać, ale jeśli pani podporucznik się pomyli, to ktoś na misji w Afganistanie może umrzeć… Do służby w Polskim Kontyngencie Wojskowym trafiła zaledwie rok po ukończeniu studiów. – Spodziewałam się, że będę pracować podobnie jak w Polsce, w laboratorium. Ale moje stanowisko pracy było także na „traumie”. Gdy przywożono rannych, do operacji przygotowywano ich na stołach obok. Nie byłam przygotowana na takie widoki… Kończąc „dniówkę” wychodziłam, mówiąc sobie, że chyba już tam nie wrócę – wspomina ppor. Monika Konior, mikrobiolog z Zakładu Epidemiologii i Medycyny Tropikalnej Wojskowego Instytutu Medycznego.

Teraz leci do Afganistanu już trzeci raz. W czasie siódmej, dziewiątej i częściowo dziesiątej zmiany, spędziła tam w sumie czternaście miesięcy. Ten wyjazd ma trwać co najmniej siedem miesięcy.

– Misje wciągają. Dają wciąż nowe doświadczenia i olbrzymią satysfakcję. Jaka jest różnica między pracą w Polsce i Afganistanie? Najprościej: w kraju dbam o stan zdrowia pacjenta, na misji – pomagam w ratowaniu życia – tłumaczy.

Po ukończeniu Wydziału Farmaceutycznego na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, w 2008 r., rozpoczęła pracę jako młodszy asystent w Wojskowym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa.

– Kiedyś spotkałam dziewczynę po misji w Syrii. Opowiadała o niedogodnościach, ale głównie o egzotyce, egzotycznej przygodzie, taniej biżuterii. Tego fajnie się słuchało. Spodobało mi się i też chciałam polecieć na misję. Jednocześnie doszłam do wniosku, że na moim stanowisku już się wszystkiego nauczyłam. Szukałam nowego wyzwania – wspomina.

Miała świadomość, że Afganistan to nie spokojna misja w Syrii, ale jak faktycznie to wszystko wygląda, przekonała się na miejscu.

Początki z „traumą”

Na pierwszej misji miała być kierownikiem laboratorium analitycznego. Stanowisko pracy znajdowało się w dwóch miejscach szpitala polowego: w kontenerze analitycznym, a także w sali przedoperacyjnej, popularnie nazywanej „trauma roomem”. Tam rannych przygotowuje się do przewiezienia do sali operacyjnej: rozcina ubrania, ocenia obrażenia. Gdy zespół pod kierunkiem lekarza wykonywał te czynności, pani Monika zajmowała się badaniem krwi. Od tego zależało, jakie leczenie wdrożyć, czy jest wymagana transfuzja?

– W kraju praca laboranta jest spokojna, mamy czas na zastanowienie. Tutaj od razu zostałam rzucona na głęboką wodę. To nie jest jak w Polsce, że przychodzi się do pacjenta i mówi „teraz ma pan kubeczek na mocz, rano pobierzemy krew, wyniki będą za dwa dni” – uśmiecha się pani podporucznik.

W czasie studiów miała praktykę w szpitalu, kontakt z chorymi, niekiedy ofiarami wypadków. Tacy ludzie mieli zwykle obrażenia wewnętrzne. Najczęściej trafiał się jeden pacjent, a nie – jak w Afganistanie – czterech, sześciu, a nawet kilkunastu jednocześnie! Zwykle to Afgańczycy: policjanci, żołnierze i cywile, ofiary postrzałów lub eksplozji min-pułapek.

Śmigłowce ratownicze często lądują w nocy. Medyków wyrywa się ze snu, zespół musi się natychmiast zameldować na stanowiskach pracy. Sanitariusze wnoszą kolejnych rannych, błyskawicznie robi się ruch, gwar, słychać jęki.

– Pierwsze takie zdarzenia były dla mnie szokiem! Powtarzałam sobie, że już nie wrócę na „traumę”. Ale dosyć szybko zaczęłam się skupiać wyłącznie na obowiązkach. Mój stres tym rannym nie pomagał. Nie można myśleć, że obok leży ciężko pokaleczony człowiek. Nie wolno zastanawiać się, że mogło się być na jego miejscu – przekonuje.

Taka praca, choć zwykle niedoceniana, jest bardzo odpowiedzialna. Na „traumie”, w ferworze, można pomylić pacjentów, pomylić próbki, spiesząc się – źle zinterpretować badanie. To zaś może doprowadzić do śmierci rannego…

Chodzący bank krwi

W czasie drugiego pobytu w Afganistanie, do jej obowiązków należało zajmowanie się „chodzącym bankiem krwi”. W Polsce czegoś takiego nie ma. Monice Konior przydało się doświadczenie z pracy w centrum krwiodawstwa.

– Do pewnego momentu rannym toczymy preparaty krwi, ale w końcu trzeba przetoczyć krew pełną. Dlatego działa „chodzący bank krwi” – opowiada.

Na każdej zmianie kontyngentu odbywa się nabór ochotników do programu. Kandydaci są badani i czekają, aż ich krew będzie komuś potrzebna. Gdy przez megafony usłyszą informację: „Uwaga! Uwaga! Uwaga! Potrzebna grupa krwi B Rh+! Proszę się zgłaszać do szpitala polowego!”. Jej posiadacze rzucają wszystko i biegną do punktu pobrań.

– Zawsze jest więcej chętnych, niż potrzebnej krwi. Zajmowałam się pobieraniem, badaniem i przekazywaniem jej na bieżąco, na salę operacyjną. To było odpowiedzialne, mocno stresujące działanie pod presją czasu. Ale też bardzo ciekawe doświadczenie – przekonuje.

Po powrocie do Polski, płk prof. Krzysztof Korzeniewski, kierownik Zakładu Epidemiologii i Medycyny Tropikalnej WIM, zaproponował jej etat. Zgodziła się bez wahania. Pomagała mu, gdy pułkownik przyleciał do Afganistanu prowadzić badania profilaktyczne.

– Pod kierunkiem profesora przebadałam pięciuset żołnierzy PKW w kierunku pierwotniaków. Wykorzystywaliśmy metodę tradycyjną oraz alternatywną do obecnie stosowanych – tłumaczy.

Badanie wody

W powszechnym mniemaniu żołnierzy, służba w laboratorium jest „lajtowa”. Poza bazę pani Monika wyjeżdżała wyłącznie w czasie siódmej zmiany. Podczas drugiego, ośmiomiesięcznego, pobytu w Afganistanie, ani razu nie opuściła obozowiska. Choć w bazie słychać wojnę, istnieje ryzyko ostrzału, to praca jest zdecydowanie bezpieczniejsza, niż w zespołach wykonujących obowiązki w terenie.

– Żołnierze z pododdziałów bojowych mogą opowiadać o niebezpiecznych operacjach. My – o ratowaniu życia rannych. A specyfika pracy laboratoryjnej jest taka, że nie wzbudza emocji u słuchaczy. Tymczasem pomyłka w tej pracy może przynieść bardzo poważne konsekwencje – wyjaśnia ppłk dr. Robert Brzozowski, chirurg z Wojskowego Instytutu Medycznego, który w Afganistanie był już czterokrotnie, w sumie spędził tam czternaście miesięcy.

Podczas drugiej swojej afgańskiej zmiany, podporucznik zajmowała się m.in. badaniem wody, z której korzystali żołnierze.

– Zasada jest taka, że do picia, a nawet mycia zębów, należy używać wody butelkowanej. Tę przeznaczoną do celów sanitarnych dowoziła lokalna firma. Biorąc prysznic, można się przez przypadek napić, woda dociera do skaleczeń, błon śluzowych… Dlatego zanim wpuściliśmy ją do sieci wodociągowej bazy, musiałam sprawdzić jej stan – wspomina.

Wykonywała badania fizyczne, biochemiczne i mikrobiologiczne. Przebadaną wodę należało odpowiednio nachlorować. Zajmowali się tym strażacy. Umiejętność obliczenia odpowiedniej dawki chloru – która uzdatni wodę, ale nie będzie powodowała problemów dermatologicznych – wymaga doświadczenia.
Jako mikrobiolog prowadziła też badania czystościowe m.in. lokalnych pracowników zatrudnionych w stołówce. – Okazało się, że zachowują zasady higieny. Niekiedy miałam też zajęcie z powodu naszych żołnierzy. Najczęściej prowadziłam badania związane z infekcjami górnych dróg oddechowych czy zakażeniami układu moczowego – mówi.

Pakowanie w jeden dzień

Po powrocie z drugiego pobytu w Afganistanie, trafiła na kurs oficerski do Wrocławia. Dzięki temu została podporucznikiem.

– Nadal specjalizuję się w mikrobiologii, pracuję w WIM. Jednak szybko zaczęłam myśleć, jak wrócić do Afganistanu? Ponieważ prof. Korzeniewski chciał, żebym nadal pomagała w badaniach, miałam jego wsparcie. No i w styczniu usłyszałam, że „jestem mile widziana na misji” – uśmiecha się.

Teraz, w ramach Grupy Zabezpieczenia Medycznego, obejmie stanowisko w laboratorium mikrobiologicznym. W zakresie jej obowiązków znajdą się badania wody, żywności oraz badania kliniczne.

– Pewne jest to, że lecę. Ale co będę robić? Do końca nie wiem. Poprzednio, za każdym razem byłam zaskakiwana nowymi, niespodziewanymi obowiązkami. Teraz pewno też tak będzie – przekonuje.

Z doświadczeniami z dwóch poprzednich wyjazdów, przygotowania do wylotu poszły niezwykle sprawnie. Przeszła cykl szkoleń, a pakowanie bagażu trwało dosłownie jeden dzień. Przed pierwszym wyjazdem, próbne pakowania plecaka trwało całe sześć tygodni. – Męczyłam koleżanki, które były wcześniej, bo nie miałam pojęcia co zabrać? – tłumaczy.

Teraz cały jej bagaż mieści się w plecaku dużym i podręcznym oraz „lockerze” – skrzyni z tworzywa sztucznego. Sporą jego część zajmują kosmetyki, o które trudno w bazie, polskie konserwy, „gorące kubki”, słodycze i książki.

– „Difakowskie” jedzenie przestaje smakować jeszcze przed połową misji. A zapasy z Polski to namiastka krajowego jedzenia. Dzięki nim i dobrym książkom, łatwiej da się przeżyć te miesiące w Afganistanie – kończy ppor. Monika Konior.

Jarosław Rybak

Czytaj na stronie internetowej Wojskowego Instytutu Medycznego