Marcin Gortat

Najsłynniejszy polski koszykarz w amerykańskiej lidze NBA Marcin Gortat odwiedził 17 września weteranów misji zagranicznych, leczących się w Wojskowym Instytucie Medycznym.

W czasie wizyty udzielił krótkiego wywiadu serwisowi „Medycyna w Mundurze”.

Żołnierz, człowiek godny szacunku

Rozmowa z Marcinem Gortatem, najwybitniejszym polskim koszykarzem w amerykańskiej lidze NBA

Medycyna w Mundurze: Przygotowując wizytę w Wojskowym Instytucie Medycznym, twój menedżer zastrzegł, że ma być bez żadnych mediów i oficjałek. Czy nie lepiej jednak byłoby pokazać, że gwiazda NBA spotyka się z rannymi żołnierzami, że docenia ich poświęcenie?

MG: Myślę, że z moim teamem robimy sporo, aby to pokazywać. I wtedy jest czas dla mediów. Ale teraz chciałem odwiedzić chłopaków, którzy leżą w szpitalu. Od przyjaciół dowiedziałem się, że leczy się tu komandos z Lublińca, który niedawno został ciężko ranny w Afganistanie. Byłem w tej jednostce w 2011 roku. Potem tych komandosów spotkałem w bazie w Ghazni. Więc teraz odwiedziłem Roberta i kilku innych. Chciałem z nimi chwilę pogadać. To wy prosiliście, żeby w czasie wizyty robić zdjęcia.

MwM: Prosiliśmy, żeby żołnierze dostali je na pamiątkę i żeby przykładem twoich działań zachęcić inne znane postaci do zainteresowania się weteranami. Dlaczego ty się zajmujesz się takimi sprawami?

MG: Przede wszystkim czuję potrzebę wspierania tych chłopaków. Pochodzę z rodziny wojskowej. A w czasie pobytu za oceanem nauczyłem się wiele od Amerykanów. Tam żołnierzy szanuje się o wiele bardziej, niż polityków czy prawników. Niestety w Polsce jest inaczej. A przecież wojskowi to grupa, od której można bardzo wiele zyskać: są poukładani, ustabilizowani, zdyscyplinowani. Uwielbiam być pośród żołnierzy, z nimi czas spędza się inaczej, niż z cywilami. Oni na misjach przechodzą przez piekło. Zawdzięczamy im dużo, bo to oni za nas walczą. Powodują, że terroryzm się nie rozwija. Ryzykując życie robią dobre rzeczy, o których większość ludzi nie wie lub nie pamięta.

Jak wytłumaczyłbyś młodemu Polakowi, przeciwnikowi misji wojskowych, że one jednak są potrzebne?

MG: W Polsce nie musisz się martwić, że wydarzy się coś złego, że ktoś będzie polował na twoje życie, że chce zorganizować zamach. Więc tu trudniej zrozumieć taką prawdę: żołnierz poświęca swoje życie, żeby ten, kto zostaje w domu mógł sobie spokojnie żyć. Ale wystarczy pojechać w jakieś mniej spokojne regiony, żeby docenić jak ważne jest takie poczucie bezpieczeństwa.
Dla mnie ważne jest też, żeby Polacy wiedzieli, jak wymagającym zajęciem jest wojsko. Jak ktoś tego nie rozumie, to trzeba mu pokazać na przykładzie przemawiającym do wyobraźni. Weź się chłopie umów na paintballa! Pobiegasz kilka godzin po błocie, dostaniesz parę razy plastikowym pociskiem w głowę. To tylko zabawa, ale szybko przekonasz się, jak to jest być w zagrożeniu. Móc w każdej chwili mocno oberwać kulką. Ona nie zabije, ale będzie bolało… A nasi żołnierze tam na misjach przez pół roku codziennie ryzykują życie…

MwM: Nasi rodacy ginęli w zamachach terrorystycznych w Nowym Jorku, Madrycie, Londynie, na wyspie Bali. Polacy masowo wyjeżdżają do pracy czy na wakacje za granicę. Jednak nie potrafią dostrzec, że ich bezpieczeństwo zależy także od tego, jak mocno Polska angażuje się w walkę ze światowym terroryzmem. Amerykanie to doceniają, bo żyją w większym zagrożeniu?

MG: O tak, mają poczucie zagrożenia, są przecież regularnym celem ataków. Po zamachach z 11 września, które uderzyły w nich we własnym kraju, zdecydowanie bardziej doceniają żołnierzy. Teraz każdy rozumie, że wojskowi poświęcają życie dla tych, którzy zostają w domu, w ciepełku, z rodziną.

MwM: Z tego wynika także podejście do weteranów misji? Widzisz to w czasie dużych imprez sportowych?

MG: Oczywiście! Przede wszystkim – dla żołnierza czy weterana wiele takich imprez jest za free.

MwM: Przychodzi człowiek w mundurze albo pokazuje jakieś zaświadczenie i wchodzi za darmo?

MG: Dokładnie. Często NBA, NHL czy MLB w szczególny sposób honorują żołnierzy, którzy właśnie wrócili z misji. Na naszych meczach tacy weterani wychodzą na środek parkietu, a kilkadziesiąt tysięcy ludzi bije im brawo na stojąco. To chwyta za serce. Na największych amerykańskich meczach nikogo to nie dziwi. Chciałbym, żeby tak było też w Polsce.

MwM: Myślisz, że kiedyś tak będzie?

MG: Przede wszystkim te rzeczy trzeba czuć. No i rozumieć, dlaczego nasi żołnierze walczą w Iraku czy Afganistanie. Potrzeba ze stu Gortatów i kilkaset różnych akcji, żeby ludzie uwierzyli, że żołnierz to bardzo poważna postać w kraju i człowiek godny szacunku. Ale zaczynać trzeba od rzeczy drobnych. Choćby od tego, żeby wpaść do rannych chłopaków, pogadać z nimi, wymienić doświadczenia.

MwM: Naszą rozmowę będą czytać medycy w mundurach, ludzie, którzy co dzień ratują zdrowie i życie swoich kolegów. Zarówno na polu walki w Afganistanie, jak i tu, w szpitalu w Warszawie. Czego im życzysz?

MG: Żeby zawsze na czas dobiegli do potrzebującego. Żeby mieli zawsze to, co im jest potrzebne do niesienia pomocy. Żeby zachowali zimną krew, gdy tego wymaga sytuacja. A na sam koniec – jeśli cos pójdzie nie tak – żeby mieli poczucie tego, że zrobili wszystko co w ich mocy, aby pomóc potrzebującemu.

Rozmawiał: Jarosław Rybak

Czytaj na stronie internetowej Wojskowego Instytutu Medycznego