Rozmowa z ppłk. dr. med. Radosławem Tworusem, kierownikiem Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego Wojskowego Instytutu Medycznego:
Medycyna w Mundurze: Wszyscy chcą pomagać weteranom misji oraz ich rodzinom. W kraju pączkują fundacje, stowarzyszenia, powstają pomocowe portale internetowe. Pańska Klinika także wpisuje się w ten trend. Od 20 stycznia – czyli od dziś – uruchamiacie „Telefon zaufania dla weteranów Polskich Kontyngentów Wojskowych oraz ich rodzin”. Komu ma służyć numer (22) 68 172 33?


R.T.: To prawda, że jest coraz więcej miejsc, w których osoby o wrażliwym sercu chcą pomagać weteranom i ich bliskim. Sęk w tym, że ta pomoc nie jest skoordynowana, odwrotnie – rozproszenie oraz różny poziom wiedzy, umiejętności i doświadczenia osób chcących pomagać nie wpływa na jakość niesionej pomocy. Dlatego postanowiliśmy uruchomić telefon zaufania. Nie eksperymentujemy, wzorujemy się m.in. na telefonie zaufania AA (Anonimowych Alkoholików), telefonie zaufania AIDS/HIV, uzależnień od narkotyków czy „Niebieskiej Linii”. Zależy nam na stałym monitoringu problemów środowiska weteranów i ich rodzin. To dotyczy również osób, które już zdjęły mundur. Chcemy lepiej poznać skalę zaburzeń psychiatryczno–psychologicznych występujących po pobycie na misji. Chcielibyśmy jeszcze lepiej zgłębić problemy społeczne, które ujawniły się po powrocie żołnierza do domu. To m.in. nadużywanie alkoholu, leków czy narkotyków, w tym tzw. dopalaczy. Interesuje nas wypalenie zawodowe, bezczynność społeczna, bezrobocie po zakończeniu służby wojskowej, a w końcu bezdomność. Ten ostatni problem już w Klinice znamy, niestety z czasem będzie się nasilał. Podobnie jak przemoc domowa, rozwody, separacje.

MwM: Czy osoba, która zatelefonuje z prośbą o pomoc będzie mogła liczyć na coś więcej niż dobre słowo?


R.T.: „Linia dla weteranów” powstaje z myślą o udzielaniu szybkiej pomocy w sytuacjach kryzysowych. Jeśli zajdzie taka potrzeba, dzwoniący otrzyma propozycję konsultacji, a nawet hospitalizacji w naszej Klinice. Telefon jest przeznaczony nie tylko do samych weteranów, ale również ich bliskich tj. żon, partnerek, rodziców. Jak wynika z naszych doświadczeń bliscy dużo wcześniej widzą problem niż sam weteran, ale są bezradni. Im też chcemy pomóc.
Liczę, że dzięki temu telefonowi uda nam się ustalić, w jakich rejonach kraju najbardziej potrzebna jest pomoc psychologiczna i psychiatryczna dla osób „dotkniętych wojną”. Jakiego wsparcia oczekują, co chcieliby zmienić w obecnie funkcjonujących rozwiązaniach? Co ważne, dzięki naszej inicjatywie dowiemy się tego bezpośrednio od zainteresowanych. Wiadomo bowiem, że oficjalna sprawozdawczość wojskowa nie do końca może odzwierciedlać rzeczywistość.

MwM: Numer (22) 68 172 33 to będzie „telefoniczna poradnia”?


R.T.: Nie. Telefon zaufania nie będzie ośrodkiem psychoterapeutycznym lub poradnią psychologiczno–psychiatryczną „na odległość”. Przez telefon nie można diagnozować, leczyć, prowadzić psychoterapii. Można wysłuchać problemu osoby dzwoniącej, dowiedzieć się co dotychczas zrobiła, aby ten problem rozwiązać i zaproponować alternatywne formy rozwiązania. Nie chcemy wchodzić w kompetencje specjalistycznych ośrodków udzielających pomocy psychiatrycznej, psychologicznej, psychoterapeutycznej, które pomagają weteranom i ich rodzinom. Nie będziemy oceniać oraz komentować, czy pomoc udzielana w takich placówkach jest dobra, czy zła. Bo często takie są oczekiwania osób dzwoniących do telefonów zaufania. Rozmówca często chce potwierdzenia, że jego leczenie, psychoterapia przebiega prawidłowo. Nie będziemy tego robić, bo jest to nieetyczne i nie jest to celem naszego telefonu. Nie będziemy też pogotowiem ratunkowym, bo nie mamy możliwości technicznych, aby wysłać specjalistyczną pomoc na wezwanie telefoniczne. Ale po rozmowie możemy zasugerować osobie dzwoniącej takie rozwiązanie. To jak z wizytą u onkologa. Chory boi się pojść do takiego specjalisty pomimo ewidentnych objawów, ale zrobi to, jeśli zostanie odpowiednio zmotywowany. Nie będziemy również rozwiązywali problemów za kogoś. To znaczy, że nie zadzwonimy do miesjcowej poradni psychologicznej, aby umówić komuś wizytę. Będziemy się jednak strali zmotywować rozmówcę do takiego działania. Oczywiście jeśli z rozmowy wyniknie, że jest to potrzebne.

MwM: Nie za dużo tych „nie” ?


R.T.: Uruchamiając naszą inicjatywę trzeba jasno określić czym będziemy się zajmowali, a czym nie będziemy. Telefon zaufania nie jest „Wujkiem Dobra Rada” z filmu „Miś”. To nie będzie tak, że ktoś dzwoni, a my za niego rozwiązujemy wszystkie jego problemy. Możemy natomiast, korzystając z naszego klinicznego doświadczenia psychiatryczno-psychologicznego, udzielić osobie dzwoniącej wsparcia, doradzić sposoby rozwiązania problemu. Ale nie możemy przejąć inicjatywy za osobę zainteresowaną.

MwM: Wróćmy więc do pierwszego pytania. Wspomniał pan o „osobach o wrażliwym sercu”, ale czy pomagający oprócz dobrych chęci mają też odpowiednie kompetencje?


R.T.: Z tym bywa bardzo różnie. Z dotychczasowych doświadczeń zespołu naszej Kliniki wynika, że w obecnym systemie pomocy psychiatryczno–psychologicznej dla weteranów, organizowanym przez resort obrony oraz organizacje zrzeszające rannych i poszkodowanych istnieje szereg luk. To właśnie z powodu tych luk okresowo w mediach pojawiają się sensacyjne informacje o dramatycznych zdarzeniach z udziałem weteranów lub ich rodzin. To również z powodu tych luk, na rynku pojawiają się różne instytucje nie związane z wojskiem, nie mające doświadczenia w pracy z szeroko rozumianą traumą wojenną, ale deklarujące udzielanie tzw. specjalistycznej pomocy weteranom. Jednak nikt nie monitoruje działań tych organizacji i stowarzyszeń, a doświadczenia KPiSB pokazują, że nie zawsze jest to pomoc profesjonalna i dostosowana do faktycznych potrzeb.

MwM: Czyli nie cieszy się pan słysząc o powstaniu kolejnej fundacji czy stowarzyszenia pomocy weteranom?


R.T.: Cieszy mnie, i to bardzo, że coraz więcej osób zauważa problemy, o których rozmawiamy, że widzi, iż to nie jest sprawa wyłącznie wojska, ale całego społeczeństwa, w imieniu którego żołnierze ruszają na misje. Sęk jednak w tym, że za dobrymi chęciami nie zawsze idą kompetencje. W Klinice często spotykamy się ze skutkami niewłaściwe prowadzonych oddziaływań psycho i socjoterapeutycznych, a także niewłaściwych rozpoznań zaburzeń psychicznych. To generuje wtórne tzw. jatrogenne zaburzenia.

MwM: Zaczyna pan mówić językiem, którego statystyczny żołnierz chyba nie zrozumie…


R.T.: Myślę, że czytać nas będą nie tylko weterani, ale także osoby z wykształceniem związanym z psychologią czy psychiatrią. Więc umówmy się, że odpowiadając na to pytanie, będę mówił z myślą o kolegach po fachu. Nie chcę podawać konkretnych przypadków, żeby ktoś nie odniósł wrażenia, że mamy zastrzeżenia do pracy innych ośrodków. Nie chodzi o wytykanie błędów, bo przecież nie popełnia ich jedynie ten, kto nic nie robi. Mówiąc o zaburzeniach jatrogennych zwracam uwagę na konieczność większej rozwagi w procesie diagnostyczno-terapeutycznym. W naszej Klinice hospitalizowaliśmy już wielu weteranów, u których w innych ośrodkach zostało rozpoznane PTSD. Tacy żołnierze byli z tego powodu leczeni, ale bez oczekiwanej poprawy. Tymczasem nasza diagnostyka wykazywała, że w wielu z tych przypadków brak poprawy i przedłużające się cierpienie weterana było konsekwencją niewłaściwego rozpoznania i wynikającym z tego niewłaściwym doborem pomocy. To, że ktoś po powrocie z misji ma problemy ze zdrowiem psychicznym nie oznacza, że ma PTSD i wymaga psychoterapii tego problemu. Często pierwotnie rozpoznane PTSD, po obserwacji i diagnostyce w KPiSB, stawało się np. zaburzeniem nerwicowym lub zaburzeniem osobowości, którego łagodne objawy występowały już przed wyjazdem na misję. Udział w misji jedynie nasilił te objawy i to wcale nie w związku z bojowym zdarzeniem traumatycznym.

MwM: Ale żołnierz chyba „woli zapaść na PTSD”, niż mieć „banalną nerwicę”?


R.T.: Można to tak ocenić. Weteranowi, któremu gdzieś w Polsce rozpoznano PTSD trudno później zaakceptować zmianę takiego rozpoznania na inne, nie mające bezpośredniego związku z pobytem w rejonie działań wojennych. Jeśli żołnierz był na misji i ma problemy ze zdrowiem psychicznym, to łatwiej mu zaakceptować, że ma PTSD niż zaburzenia osobowości z cechami uzależnienia od alkoholu w fazie początkowej. Jednak właściwe rozpoznanie to właściwe leczenie. Mieliśmy w naszej Klinice żołnierzy, którym musieliśmy powiedzieć, że potrzebują terapii odwykowej, a nie terapii PTSD – na którą zostali do nas skierowani. Początkowo byli obrażeni i źli, negatywnie oceniali nasze kompetencje kliniczne, wiedzę, doświadczenie. Po czasie dziękowali za zmianę rozpoznania, za zaproponowaną terapię odwykową, za to że po tej terapii wrócili do służby, że ustabilizowała się ich sytuacja domowa.

MwM: Nie obawia się pan zarzutów, że Klinika Psychiatrii i Stresu Bojowego chce zdominować tematykę pomocy weteranom i ich rodzinom?


R.T.: Jest nas w Klinice za mało, żeby zdominować całe środowisko. Mamy zbyt dużo pracy, żeby się jeszcze rozdrabniać. Ale jednocześnie posiadamy największe w kraju doświadczenia oraz – mówię to z dumą, ale bez pychy – najlepszych specjalistów. Co dla nas najważniejsze, środowisko weteranów uznaje nas za ośrodek nie tylko wysoko specjalistyczny, ale przede wszystkim przyjazny. Telefon zaufania wypełni więc jedną z luk w systemie.

MwM: Jakiś czas temu w Polsce przebywał admirał William Harry McRaven, kierujący Dowództwem Operacji Specjalnych USA (USSOCOM). W czasie wizyty mówił o sprawach, o których teraz rozmawiamy. Zapadły mi w pamięć jego słowa: „Po zakończeniu wojny w Afganistanie będziemy musieli zmagać się z tymi problemami jeszcze przez 20-30 lat. Młodzi żołnierze, którzy tak jak w Polsce, zaczynają służbę w wieku ok. 20 lat, uczestniczą w trudnej i drastycznej walce. Są świadkami śmierci swoich kolegów, wybuchów min-pułapek. Doświadczają wojny bezpośrednio i naocznie, będąc jej uczestnikami. Jeśli byłeś kiedyś na tej wojnie, ta wojna na ciebie wpłynęła. Jeśli jesteś małżonkiem żołnierza, który był w Afganistanie, ta wojna na ciebie w jakiś sposób wpłynęła. Niestety, nie znamy do końca efektów takiego wpływu: duchowych, fizycznych czy umysłowych, jednak z całą pewnością możemy stwierdzić, że te skutki będą długotrwałe. Ciężko pracujemy nad tym, aby przez kolejne 20-30 lat być przygotowanym na walkę z efektami wojny. Nie jest to walka bardzo droga, jednak niezwykle istotną inwestycją w naszą przyszłość jest upewnienie się, że nasi żołnierze są i pozostaną zdrowi.” Czy decydenci w Polsce mają świadomość, jak długie będą konsekwencje zaangażowania wojskowego w Iraku czy Afganistanie? Analizował pan kiedyś problemy żołnierzy w tak długiej perspektywie?


R.T.: Admirał dowodzi żołnierzami wykonującymi najbardziej spektakularne operacje specjalne. To ludzie, którzy przeszli zaawansowane, wzbudzające olbrzymi respekt programy selekcyjne. Jeśli więc ich dowódca tak mówi, to chyba powinno to oddziaływać na wyobraźnię ludzi wysyłających do walki żołnierzy z jednostek, które nie przeszły tak wyczerpującej kwalifikacji psychofizycznej.
Mnie słowa admirała nie dziwią. Znam amerykańskie statystyki. One pokazują, że 25 proc. populacji bezdomnych mężczyzn w USA to weterani wojen. Czyli na 100 bezdomnych 25 to byli żołnierze! Do głębokiej refleksji zmusza także analiza innych statystyk amerykańskich weteranów: uzależnienia od narkotyków, alkoholu, nosicielstwo wirusa HIV, co jest związane z przygodnymi kontaktami seksualnymi. Skoro korzystamy z amerykańskich doświadczeń w dziedzinach ściśle wojskowych, więc zwróćmy uwagę i na te, związane z szeroko rozumianą psychoprofilaktyką. W 2014 r. Polska wygasza misję w Afganistanie. Jej zakończenie nie kończy problemów weteranów. Niektóre będą wychodziły dopiero po wielu latach. W Klinice leczymy dziś weteranów kontyngentów na Bałkanach. A prowadzono je w połowie lat 90. Uruchomienie telefonu zaufania w WIM czyli szpitalu, w którym leczy się większość żołnierzy rannych w misjach wydaje się uzasadnionym pomysłem.

MwM: Kiedy będzie czynny telefon (22) 68 172 33? Kto go będzie obsługiwał?


R.T.: Telefon uruchomimy 20 stycznia. Będzie działał od poniedziałku do piątku, od godz. 17.00 do 20.00. Od razu uprzedzam pytanie: te godziny wynikają z doświadczeń płynących z funkcjonowania podobnych linii interwencyjnych. Wydawać by się mogło, że doskonałym czasem dyżurów powinien być późny wieczór i noc. Ale okazuje się, że wtedy spora grupa dzwoniących to nietrzeźwi, a rozmowy z ludźmi pod wpływem używek nie mają sensu. Dyżury telefoniczne będą pełnili członkowie studenckiego koła naukowego działającego przy Klinice. Są to studenci czwartego i piątego roku Wydziału Psychologii UW, którzy posiadają już doświadczenia pracy w podobnych przedsięwzięciach. Obsługiwali „Niebieską Linię”. Na potrzeby naszego telefonu zostali dodatkowo przeszkoleni i mają bieżące wsparcie pracowników KPiSB.

MwM: Spodziewa się pan wielu telefonów?


R.T.: Nie wiem. Jeśli w początkowym okresie w czasie jednego dyżuru uda się pomóc dwóm lub trzem dzwoniącym, będzie to satysfakcjonujący wynik. Nam nie chodzi o statystyki, udowadnianie, że jest bardzo dobrze, albo bardzo źle. Jedna osoba, której uda się pomóc może oznaczać, że nie rozpadnie się małżeństwo, że rodzina będzie funkcjonowała jak przed wyjazdem ojca na misję. Statystycznie to nie będzie spektakularny sukces, a takie drobne kroki powodują, że nie dojdzie do tragedii. Dla nas w Klinice to bardzo ważne.

Rozmawiał: Jarosław Rybak